Ośmiuset dwudziestu złotych — tyle w tym miesiącu wyszło samo światło, bo Marzena znowu suszyła pranie na grzejnikach zamiast na balkonie. Halina zapisała tę kwotę w zeszycie w linie, tym samym, w którym od siedmiu miesięcy prowadziła rachunek za mieszkanie na Bema, i długo patrzyła na kolumnę cyfr, jakby miała się sama wytłumaczyć.
Mieszkanie było jej. Dwa pokoje z kuchnią w bloku z lat siedemdziesiątych, kupione jeszcze z mężem, kiedy pracowała w spółdzielni mleczarskiej pod Kaliszem, a on woził towar dla firmy transportowej. Po jego śmierci Halina została sama w tych sześćdziesięciu metrach, aż pewnego marcowego wieczoru zadzwoniła młodsza siostra, Marzena, i powiedziała, że mąż ją zostawił, że nie ma gdzie mieszkać z synem, że to tylko na chwilę, może na dwa miesiące, dopóki się nie pozbiera.
Minęło siedem miesięcy. Chłopak, szesnastoletni Kuba, spał na rozkładanej sofie w pokoju, gdzie kiedyś stała maszyna do szycia po matce. Marzena zajęła drugi pokój. A Halina, która miała sześćdziesiąt cztery lata i emeryturę tysiąc dziewięćset złotych, płaciła czynsz, prąd, gaz i robiła zakupy na troje, bo Marzena nie znalazła jeszcze pracy — najpierw szukała czegoś "odpowiedniego", potem powiedziała, że boli ją kręgosłup, potem że akurat teraz trudny okres dla Kuby, egzaminy.
Halina nie chciała kłótni. Całe życie unikała kłótni z Marzeną, bo była starsza o pięć lat i tak już zostało — starsza ustępuje. Ale tego wieczoru, kiedy zapisywała ośmiuset dwudziestu złotych w zeszycie, usłyszała przez ścianę, jak Marzena rozmawia przez telefon z koleżanką. Śmiała się. Mówiła, że u siostry jest wygodnie, że nie musi się teraz o nic martwić, że "Halinka zawsze była poczciwa, wiadomo, sama, dzieci nie ma, to niech się chociaż na coś przyda".
Halina postawiła długopis na zeszycie i przez chwilę siedziała nieruchomo, patrząc na kaloryfer, na którym wisiały cudze skarpetki.
Rano nie powiedziała nic. Zrobiła kawę, zapakowała Kubie kanapki do szkoły, jak zwykle. Ale po południu pojechała autobusem numer 9 do córki koleżanki, która pracowała w kancelarii notarialnej przy ulicy Wrocławskiej, i zapytała, czy da się wprowadzić do umowy najmu punkt o terminie — od pierwszego, na trzy miesiące, z opcją przedłużenia, z czynszem ustalonym co do złotówki.
Marzena wróciła tego dnia z markietu, gdzie kupiła sobie nowy krem za sto dziewięćdziesiąt złotych, i zastała na stole kartkę: umowa najmu, dwa egzemplarze, długopis obok.
— Co to jest? — spytała, jeszcze w płaszczu.
— Umowa. Podpiszesz, jeśli chcesz tu mieszkać dalej. Czynsz siedemset złotych miesięcznie za wasze dwoje, plus połowa mediów. Termin płatności — piąty dzień miesiąca.
Marzena roześmiała się, ale śmiech od razu urwał się, kiedy zobaczyła, że Halina nie odkłada długopisu na stronę, tylko czeka.
— Chyba żartujesz. Jesteśmy siostrami.
— Byłyśmy siostrami także siedem miesięcy temu, kiedy sama płaciłam za prąd, gaz i zakupy na troje. To się nie zmieniło. Zmieniło się tylko to, że już nie udaję, że tego nie widzę.
— Nie mam takich pieniędzy.
— To poszukaj pracy. W sklepie na rogu szukają kogoś do przyjęcia towaru, widziałam ogłoszenie w oknie w zeszłym tygodniu. Osiem godzin, minimalna krajowa, ale to jakiś początek.
Marzena zdjęła płaszcz powoli, powiesiła go na haczyku obok drzwi, tym samym, na którym od siedmiu miesięcy wisiała jej kurtka zimowa, choć była połowa sierpnia. Nie odpowiedziała od razu. Podeszła do stołu, przeczytała umowę linijka po linijce, jakby szukała w niej jakiegoś haczyka, jakiejś furtki, przez którą można by się wymknąć.
— Ty to wszystko przez tę koleżankę z notariatu wymyśliłaś, tak? Ktoś ci coś nagadał.
— Nikt mi nic nie nagadał. Usłyszałam wczoraj wieczorem, co mówiłaś Agnieszce przez telefon. Że jestem poczciwa i że sama, bez dzieci, to niech się na coś przydam.
Marzena zbladła, ale nie przeprosiła. Powiedziała tylko, że to nie tak wyszło, że to był żart, że Agnieszka zawsze przekręca.
— Nie musisz się tłumaczyć. Musisz podjąć decyzję. Do piątku.
Kuba stał w drzwiach swojego pokoju z telefonem w ręce i patrzył to na matkę, to na ciotkę, nie wiedząc, gdzie ma stanąć.
Marzena podpisała umowę we wtorek, bez słowa, kładąc podpis niedbale, jakby chciała pokazać, że to jej nie dotyczy. W środę zaniosła CV do sklepu na rogu. Dostała pracę od poniedziałku — przyjmowanie towaru, minimalna krajowa, jak mówiła Halina. Pierwszy czynsz zapłaciła spóźniony o cztery dni, ale zapłaciła, przelewem, z dopiskiem "za sierpień".
Halina włożyła wydruk przelewu do tego samego zeszytu w linie, obok kolumny cyfr sprzed siedmiu miesięcy. Nie powiedziała nic więcej na ten temat — ani wtedy, ani później. Wieczorem zaparzyła dwie herbaty, jedną dla siebie, jedną zaniosła Marzenie do pokoju, postawiła na komodzie obok lustra i wyszła, nie czekając na odpowiedź.






