Beata miała pięćdziesiąt trzy lata i warsztat samochodowy przy ulicy Kolejowej w Tarnowie, który razem z mężem stawiała przez osiemnaście lat. Marek zmarł cztery lata temu — zawał, prosto przy dystrybutorze oleju, z kluczem nastawnym w ręce. Zostały jej dwa podnośniki, cztery boksy naprawcze i syn Kuba, który wtedy miał dwadzieścia sześć lat i mówił, że warsztat prowadzić będą razem.
Teraz Kuba miał trzydzieści i żonę Anitę, która pracowała w salonie kosmetycznym przy Krakowskiej i od roku powtarzała przy każdej niedzielnej rosołowej obiedzie to samo zdanie: że warsztat powinien być zapisany na Kubę, bo to on tam pracuje, a nie mama, która „tylko siedzi w biurze i pije kawę".
Beata rzeczywiście siedziała w biurze. Prowadziła księgowość, umawiała klientów, zamawiała części z hurtowni w Krakowie i płaciła ZUS za dwóch mechaników. Robiła to, odkąd Marek jeszcze żył. To ona utrzymywała firmę na powierzchni, kiedy w dwa tysiące dwudziestym prawie wszyscy klienci zniknęli, a ona wzięła kredyt osiemdziesiąt tysięcy złotych na sprzęt do diagnostyki, żeby warsztat przeszedł na obsługę nowszych aut.
Kredyt spłacała jeszcze przez dwa lata.
W czwartek, dwudziestego sierpnia, Anita przyjechała do warsztatu swoim różowym Corsa i weszła do biura bez pukania. Miała przy sobie teczkę z dokumentami — jak się okazało, umowę darowizny, którą przygotował znajomy notariusz z Krakowskiej.
— Beato, musimy to załatwić — powiedziała, kładąc teczkę na biurku obok kalkulatora. — Kuba się tu zapracowuje, a firma formalnie nie jest jego. To nie jest fair.
Beata odłożyła długopis.
— Fair wobec kogo?
— Wobec niego. On tu jest od ósmej do siódmej, a ty przychodzisz na trzy godziny.
Zapach oleju silnikowego mieszał się w biurze z wonią kawy z ekspresu, który Marek kupił jeszcze w dwa tysiące piętnastym. Za oknem przejeżdżał akurat autobus linii dwudziestej czwartej, a w boksie obok mechanik Grzesiek walił młotkiem w felgę tak, że szyby lekko drżały.
— Trzy godziny, w których robię księgowość, płacę ZUS, zamawiam części i spłacam kredyt, który wzięłam pod zastaw mieszkania, żeby ten warsztat w ogóle przetrwał dwudziesty rok — powiedziała Beata. — Ale rozumiem. Usiądźmy, porozmawiajmy z Kubą razem.
Kuba przyszedł na rozmowę już przygotowany — widać było, że z Anitą to ustalili wcześniej, może nawet spisali sobie argumenty. Powtórzył niemal to samo, co żona: że pracuje fizycznie, że to on ma kontakt z klientami, że mama powinna „pomyśleć o emeryturze i odpuścić".
— Zapiszemy warsztat na mnie — powiedział, unikając kontaktu wzrokowego z matką, tylko bawił się kluczykiem od swojego passata. — A ty będziesz miała spokojną głowę. Dalej możesz tu pomagać, nikt cię nie wyrzuca.
— Pomagać. We własnej firmie.
— No mamo, nie w ten sposób…
Beata nie krzyczała. Wstała, poprawiła fartuch, w którym pracowała przy biurku, i wyszła na zaplecze, gdzie stał sejf z dokumentami spółki. Wróciła po dziesięciu minutach z teczką znacznie grubszą niż ta, którą przywiozła Anita.
— Tu są wyciągi z konta firmowego za osiem lat. Tu umowa kredytu na sto dwadzieścia miesięcy, z którego zostały mi jeszcze dwadzieścia trzy raty. Tu akt notarialny warsztatu, gdzie jedynym właścicielem jestem ja, bo po śmierci taty odrzuciłeś, Kuba, udział w spadku na moją korzyść, żeby nie płacić podatku od spadków. Pamiętasz to?
Kuba spojrzał na Anitę. Anita patrzyła w teczkę.
— To było… inaczej wtedy — powiedział Kuba cicho.
— Było dokładnie tak.
Napięcie w biurze zgęstniało bardziej niż zapach spalin z kanału. Grzesiek za ścianą przestał walić młotkiem, jakby wyczuł, że coś się dzieje, i teraz było słychać tylko radio nastawione na Zet, gdzie akurat leciała reklama jakiegoś banku.
Anita pierwsza przerwała milczenie.
— To znaczy, że i tak nam pani nic nie da. Mimo że Kuba tu haruje.
— Nikt nie mówi o „nic nie da" — odpowiedziała Beata. — Mówię o tym, że warsztat nie jest łupem do podziału, tylko firmą z długiem, ubezpieczeniem, umowami z dwoma pracownikami i podatkiem, który płacę co miesiąc dwudziestego piątego. Chcecie to przejąć — proszę bardzo. Ale przejmujecie razem z kredytem, ze wszystkimi zobowiązaniami i z odpowiedzialnością, którą teraz ja dźwigam sama.
Kuba milczał. Anita otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nic z tego nie wyszło — spojrzała tylko na męża, czekając, że to on odpowie. On nie odpowiedział.
Beata zamknęła teczkę.
— Dam wam czas do końca miesiąca, żebyście przemyśleli, co właściwie chcecie przejąć. A teraz mam klienta na czternastą, muszę wystawić fakturę.
Wyszła zza biurka i poszła do boksu, gdzie czekał na nią pan Wiesiek z toyotą aygo na wymianę sprzęgła.
Przez kolejne trzy tygodnie Kuba przychodził do pracy punktualnie, ale prawie się do matki nie odzywał. Anita w ogóle przestała przyjeżdżać na obiady niedzielne. Beata nie dzwoniła, nie tłumaczyła się nikomu, prowadziła księgowość dalej, jakby nic się nie wydarzyło — tylko wieczorami, wracając do mieszkania przy Mościckiego, dłużej niż zwykle siedziała w samochodzie na parkingu, zanim weszła do klatki.
Dwudziestego drugiego września, w poniedziałek, Beata poszła do notariusza — nie tego z Krakowskiej, którego znała Anita, tylko do swojej znajomej z liceum, pani Doroty, która miała kancelarię przy placu Kazimierza. Spędziła tam półtorej godziny. Wyszła z podpisanym aktem: przekształciła jednoosobową działalność w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, w której udziały podzieliła — sześćdziesiąt procent dla siebie, czterdzieści dla Kuby, pod warunkiem, że on przez najbliższe pięć lat będzie spłacał wspólnie z nią pozostałe raty kredytu, proporcjonalnie do swojego udziału.
Zadzwoniła do syna tego samego wieczoru.
— Kuba, mam dla ciebie propozycję. Czterdzieści procent warsztatu na twoje nazwisko, formalnie, u notariusza, od przyszłego tygodnia. Ale bierzesz też czterdzieści procent kredytu. Miesięcznie to będzie osiemset dwadzieścia złotych z twojej strony, do listopada dwa tysiące dwudziestego siódmego roku.
W słuchawce była chwila ciszy, potem trzask — jakby ktoś przełożył telefon do drugiej ręki.
— A jeśli się nie zgodzę?
— To zostaje tak jak jest teraz. Sto procent moje, sto procent kredytu moje, i pracujesz tu na etacie, jak każdy inny mechanik. Z pensją, którą już masz.
Kuba przyjechał do warsztatu na drugi dzień rano, sam, bez Anity. Usiadł naprzeciwko matki w biurze, tam gdzie trzy tygodnie wcześniej siedziała jego żona z teczką umowy darowizny.
— Anita się wścieknie — powiedział.
— Anita nie płaci kredytu.
Podpisał dokumenty u pani Doroty w piątek. Wpłacił pierwszą ratę w listopadzie, o czasie, przelewem z własnego konta — Beata sprawdziła to w aplikacji bankowej tego samego dnia po południu, siedząc w tym samym biurze, przy tym samym ekspresie do kawy, z widokiem na boks, gdzie Kuba właśnie kończył wymieniać olej w volkswagenie golfie klienta, który przyjechał punkt o dziesiątej.






