Bursztyn wcale nie szukał przygód. Szukał suchego kąta i czegoś, co dałoby się przełknąć bez walki z hordą szczurów z zaplecza piekarni na Oruni. Przegrał to starcie sromotnie — umknął przez dziurę w płocie, zostawiając przeciwnikom połowę ogona godności i cenną, choć nadgryzioną, kajzerkę.
Siedział teraz pod metalową ławką w pasażu przy Długich Ogrodach, wdychając woń mokrego tynku i zastanawiając się, czy życie rudego dachowca w Gdańsku musi być aż tak paskudne w listopadzie. Światło latarni rozmywało się w mżawce, tramwaj numer siedem przeturlał się po szynach, nikogo nie wysadził.
— Kici, kici — zaszeleściło nad nim.
Bursztyn wyjrzał. Kobieta. Nic szczególnego — szary płaszcz, mokre włosy przyklejone do policzków, reklamówka z Biedronki. Grzebała w niej jedną ręką, drugą przytrzymywała parasolkę, która już dawno przestała spełniać swoją funkcję.
I wtedy kot zamarł. Przez jej dłoń, tę z resztkami czerwonego lakieru na paznokciu — prześwitywała kostka brukowa.
— Mam gdzieś parówki — mruknęła kobieta. — Nie bój się, chodź. Nie jesteś głodny?
Bursztyn był głodny. Ale bardziej niż głód zdumiało go to prześwitywanie. Jak przez firankę. Jak przez ducha z tych głupich filmów, które oglądał na ekranie telewizora w oknie sąsiada z parteru.
Kobieta wyjęła parówkę. Położyła na krawędzi ławki, na serwetce. Normalna parówka. Ona sama — nie do końca normalna.
— Jutro też przyjdę — powiedziała, prostując się. — Jeśli dotrwam… coś mnie łamie ostatnio.
Bursztyn jadł i patrzył, jak odchodzi. Krok miała lekki, zbyt lekki. Buty prawie nie dotykały ziemi. Nie zauważyła kałuży, weszła w nią i nawet nie zmoczyła podeszew.
Kot przełknął ostatni kęs.
— Trzeba będzie iść do Zgreda.
Zgred mieszkał na strychu przedwojennej kamienicy przy ulicy Lawendowej. Koty z okolicy omijały go szerokim łukiem. Mówiły, że oszalał, że widzi rzeczy, których nie ma, że kiedyś próbował ostrzec przed czymś miot młodych z piwnicy, a one nazwały go kłamcą. Od tamtej pory Zgred milczał. Sierść mu zmatowiała, jedno ucho nie stawiało się do pionu, w ślepiach osiadł popiół.
— Czego? — warknął, gdy Bursztyn przecisnął się przez uchylone okienko.
— Rady.
— Rady? Ode mnie? — Zgred prychnął. — A nie mówią ci, żebyś się do mnie nie zbliżał?
— Mówią. Dlatego przyszedłem.
Stary kot zmrużył oczy. Czekał.
Bursztyn opowiedział o parówce, o deszczu i o kobiecie, przez którą widać cegły i trawę. Zgred słuchał. Potem westchnął — głęboko, chrapliwie, jak miech, który dawno nie był używany.
— To się nazywa choroba niebycia potrzebnym — powiedział w końcu.
— Co?
— No, żyje taki człowiek. Nikt go nie woła, nikt nie czeka. W pracy obojętni, w domu pusto. Nawet w sklepie kasjerka na niego nie patrzy, tylko na ekran kasy. I on w końcu przestaje być. Najpierw robi się taki… przenikalny. Potem całkiem znika.
Bursztyn poczuł zimno pod sierścią.
— Można to leczyć?
— Można. — Zgred przekrzywił głowę. — Potrzebny ma być. Komukolwiek. Choćby głupiemu kotu. Ale to nie moja działka. Ja tylko widzę, nie naprawiam.
— A ja naprawię.
Zgred spojrzał na niego uważnie. Długo.
— Jak chcesz — mruknął. — Tylko pamiętaj: jak już się za kogoś weźmiesz, to nie puszczaj. Bo drugi raz ten sam człowiek już nie wróci.
Nazajutrz lało jeszcze mocniej. Deszcz zacinał poziomo, wiatr wyrywał resztki liści z platanów przy Motławie. Bursztyn przemókł do suchej nitki skóry, ale czekał. Pod tą samą ławką, w tym samym pasażu.
Przyszła. Płaszcz miała przemiękły, parasolkę złamaną. W reklamówce znów szeleściły parówki.
— Siedzisz? — zdziwiła się. — Przecież taka pogoda… mróz idzie. Nie masz gdzie się schować?
— Maau — odpowiedział Bursztyn i zrobił krok w jej stronę. Zatoczył się teatralnie, drżąc każdym włosem.
Kobieta zawahała się. Przykucnęła. Wyciągnęła dłoń — wciąż półprzejrzystą, ale już nie tak bardzo jak wczoraj. A może to Bursztynowi się zdawało, że lepiej przez nią nie widać.
— Chodź — powiedziała cicho. — Tylko nie drap, dobrze?
Nie drapał. Dał się wziąć na ręce. Były chłodne, zbyt lekkie, ale trzymały. Wniósł się razem z nią na trzecie piętro, do mieszkania pachnącego pastą do podłogi i herbatą z cytryną.
Mieszkanie było puste w ten specjalny, bolący sposób. Jedna para kapci w przedpokoju. Jeden ręcznik w łazience. Na parapecie roślina, która nie wiedziała, czy jeszcze żyje, czy już nie. Półmrok. Stolik, krzesło.
— Rozgość się — powiedziała, stawiając go na podłodze. — Jestem Zosia. A ty? Będziesz… Bursztyn, co? Pasuje.
Bursztyn uznał, że pasuje.
Tamtego wieczoru zjadł podwójną kolację. Zosia zjadła jedną — może pierwszą od tygodnia, bo nad zlewem stała tylko jedna brudna filiżanka. Potem kot wskoczył jej na kolana, zamruczał jak traktorek, wbił pazury w wełniany sweter i nie puścił do rana.
Zosia głaskała go i myślała.
Myślała o tym, jak skończyła studia ekonomiczne, bo tak chciała matka. Jak pracowała piętnaście lat w jednym biurze rachunkowym na Zaspie, gdzie nikt nigdy nie zapytał jej, co lubi jeść na śniadanie. Jak rodzice zginęli na zakopiance, a ona została sama z tym mieszkaniem i z telefonem, który przestał dzwonić.
Znajomi się rozjechali. Przyjaciółka z pracy znalazła sobie lepszą przyjaciółkę. Koledzy omijali ją w kuchni biurowej, jakby była meblem. A w zeszłym tygodniu kasjer w Żabce po prostu przez nią spojrzał — nie, naprawdę, tuż nad jej ramieniem — i zapytał: „Kto następny?”. Odwróciła się. Nikogo za nią nie było. To wtedy pierwszy raz pomyślała, że może coś jest z nią nie tak. Że może jej nie ma.
A teraz jest Bursztyn. Ciepły, mruczący, całkiem prawdziwy kot. Pierwsza istota od miesięcy, która ją zauważyła.
— Zostaniesz? — szepnęła mu w sierść.
Bursztyn mruknął głośniej. To znaczyło: „Zostanę”.
Zima minęła w rytmie puszek i mruczenia. Zosia zaczęła wracać do domu szybciej — nie dlatego, że praca stała się lżejsza, ale dlatego, że w domu ktoś czekał. Kupiła Bursztynowi drapak, legowisko i zabawkową myszkę, którą kot ignorował z królewską wzgardą. Na parapecie pojawiły się bazylie, potem papryczka. Kapcie w przedpokoju rozmnożyły się — jedne dla Zosi, drugie do gryzienia.
Pewnego lutowego poranka Bursztyn spojrzał na Zosię i zobaczył, że przez jej ramię już nic nie prześwituje. Ściana była ścianą. Ona była ona. Włosy miała popielate, nie szare. Oczy piwne, nie wyblakłe. Policzki zaróżowione od mrozu.
— Udało się — miauknął z satysfakcją.
Zosia popatrzyła na niego i zaśmiała się.
— Wiesz co, Bursztyn? Jesteś najlepszą rzeczą, jaka mi się przytrafiła od bardzo dawna.
— Wiem — odpowiedział kot, zlizując resztki śmietany z wąsów.
Wiosna przyszła nagle, jak to w Gdańsku — najpierw wiatr od morza przegonił chmury, potem słońce wyzłociło dachówki na starych kamienicach. Bursztyn coraz częściej myślał o Zgredzie. Minęły cztery miesiące. Stary kot nie był już potrzebny — a skoro tak, to czy wciąż istnieje?
Kiedyś, podczas gdy Zosia została w pracy po godzinach — nowa koleżanka zaprosiła ją na kawę i coś się w niej przełamało — Bursztyn wymknął się przez uchylone okno. Pobiegł na Lawendową, po schodach, na strych. Wpadł w smugę światła i tańczącego kurzu.
Strych był pusty. Żadnego futra, żadnego zapachu, nawet starego koca, na którym Zgred zwykle leżał, nie było.
— Spóźniłem się.
— Niby z czym?
Bursztyn odwrócił się gwałtownie. Zgred siedział na belce pod dachem, myjąc łapę. Był… inny. Błyszczący. Sierść miał czarniejszą, niż kiedykolwiek wcześniej. Ślepia mu się świeciły.
— Zgred? Myślałem, żeś już po tamtej stronie!
— A ja prawie byłem — przyznał stary kot. — Całkiem prawie. Siedziałem tu, czekałem. I wtedy przyszła. Moja baba. Ta, co mnie karmiła. Mówię ci, wlazła po tych schodach, a ma ze sto lat. I mówi: „Zgred, a idź ty do mnie na zawsze. Sama jestem. Źle mi”. No i poszedłem. I wiesz co? Działa. Działa to całe „być potrzebnym”. Rano daję się głaskać, wieczorem mruczę, ona mi daje łososia. Łososia, Bursztyn!
— Czyli nie umierasz?
— Każdy umiera. Ale nie dzisiaj. Nie jutro. Dopóki ona chce do kogoś wracać, to ja wracam razem z nią. A potem… zobaczymy.
Bursztyn usiadł i owinął łapy ogonem. Patrzyli na siebie — stary i młody, czarny i rudy. Za oknem mewa darła się na cały port.
— Dziękuję — powiedział w końcu Bursztyn. — Wtedy… za radę. Bez ciebie Zosia by zniknęła.
— A co ja? Ja tylko powiedziałem, co widzę — Zgred machnął łapą. — To ty przyszedłeś i spytałeś. Inne koty tylko gadały za plecami. A teraz leć. Twoja pewnie już w domu.
— Przyjdę jeszcze.
— Nie przychodź. Mieszkam na Stogach, trzecia klatka, ósme piętro. Baba ma balkon, będę się wygrzewał. Nie mam zamiaru tu wracać.
Bursztyn wrócił do domu zdyszany i wskoczył na parapet akurat w chwili, gdy Zosia otwierała drzwi. Niosła torbę z kotoprzysmakami i bukiet narcyzów, które kupiła sama sobie. Była całkiem, do końca nieprzezroczysta. Pachniała słońcem.
— Bursztyn! — zawołała. — Dostałam dziś zaproszenie na weekend nad morze. Od tej nowej ekipy z roboty. Pojedziemy?
Kot miauknął. To znaczyło: „Pojedziemy, tylko jak tam będziemy spać? Kto mi da śniadanie o piątej rano? I w ogóle — czy w pensjonacie są dozwolone zwierzęta?”.
Ale Zosia już go nie słuchała. Kręciła się po kuchni, czegoś szukała, coś nuciła. Całkiem zwyczajna. Całkiem szczęśliwa.
Bursztyn westchnął, zwinął się w kłębek na jej swetrze i pomyślał, że Zgred miał rację. Nie puszczać. Drugi raz ten sam człowiek nie wróci.
Zosia podeszła, żeby cmoknąć go w nos. Bursztyn zmrużył oczy i udał, że mu to nie odpowiada.
Dwa lata później otworzyli razem małą kawiarnię dla właścicieli kotów na Wyspie Spichrzów. Nazywała się „Bursztyn i Zosia”. Prawdziwy Bursztyn, już całkiem siwy na pysku, spał całymi dniami na ladzie, przy kasie, z nosem wciąż gotowym do pocałunków. I tylko czasem, gdy jakaś wyblakła postać przemykała za oknem w deszczu, unosił głowę i patrzył.
Potem znowu zasypiał.






