Dziadek Bronisław owdowiał w wieku siedemdziesięciu lat. Mieszkał sam przez dwa lata, a w trzecim roku swojego samotnego życia postanowił znaleźć kobietę. W zasadzie to raczej jego dzieci go do tego nakłoniły, które widząc w oczach ojca wielką tęsknotę i zmęczenie, zaczeli najpierw namawiać go do przeprowadzki do nich ( a dokładniej do syna i synowej), ponieważ nie chcieli, aby dotychczas pełen życia staruszek całkowicie się załamał. Bronisław jednak od razu odmówił, więc syn zaproponował mu inne rozwiązanie:
– Ojcze, to może zacząłbyś się spotykać z jakąś panią ? Ty byś się lepiej bawił, a my bylibyśmy o Ciebie spokojniejsi – doradził mu wtedy syn i podzielił się tym pomysłem ze swoją ciotką, Stanisławą, która była siostrą staruszka.
Ta natychmiast wzięła sprawę w swoje ręce i tydzień później znalazła „ pannę młodą ” w sąsiedniej wiosce – swoją długoletnią znajomą Małgorzatę.
– Spotkałam ją na targu w mieście, kupowałyśmy przy tym samym stoisku razem czapki – ćwierkała Stanisława, siedząc wieczorem z bratem na ławce – Ona mi opowiadała, że na dniach będzie obchodzić już dwa lata bez męża i że samej jej źle, bo co ma robić sama, ściany podpierać ? Ja jej wtedy powiedziałam o Tobie, że bardzo tęsknisz za żoną, że wyglądasz już, jakbyś sam umarł. No dalej, pojechałbyś, zobaczył ją i zapoznał się. Wydaje się, że ona nie ma nic przeciwko.
Dziadek Bronisław pojechał zatem zapoznać się z kobietą.
Wyszedł z pociągu i szybko znalazł ulicę, na które mieszkała Małgorzata. Szedł, licząc domy – nie chciał pytać przechodniów o wskazówki, wstydził się. Dom kobiety przywitał go świeżą, zieloną farbą na okiennicach i dużą ilością doniczek z kwiatami na oknach. „ Zupełnie jak u mojej ukochanej Basi ” – pomyślał z aprobatą dziadek Bronek, przypominając sobie, jak ostatnio bujnie kwitły kwiaty w oknach jego własnego domu. Po śmierci żony podarował to wielobarwne, kwiatowe bogactwo mieszkającej w sąsiedztwie młodej dziewczynie, która zabierając je do siebie aż skakała z radości.
Małgorzata okazała się drobną staruszką o okrągłej twarzy i włosach zebranych w kok, zaczesanych różowym grzebieniem. Powitała gościa ciepło i zaprosiła do kuchni, gdzie bulgotał na kuchence dżem gruszkowy. Zaczęła krzątać się po pomieszczeniu, aby zrobić im herbatę.
– Jak tam ma się Małgorzata ? – zapytała kobieta.
– Niczego sobie ! – Staruszek ucieszył się, że rozmowa jakoś się rozpoczęła – ziemniaki zamierzała dziś kopać.
– Ja też już próbowałam, ale brzydkie w tym roku raczej będą.
Dziadek Bronek nie odpowiedział – nie lubił czasu kopania ziemniaków. Oznaczało to bowiem, że przed nami znowu mroczna, ponura zima, a on bardzo lubił lato.
Małgorzata włączyła telewizor. Właśnie zaczynali nadawać „ Pole cudów ”.
– On mówi jak karabin maszynowy. Nie lubię go… – powiedziała o prowadzącym drobna kobieta – Mój Piotrek wręcz przeciwnie, bardzo go szanował. Opowiadał, jak z nim w wojsku służył i mówił, że wykapany Fedorowicz z wyglądu i gestów. Wszyscy zastanawiali się, czy są razem spokrewnieni, czy nie ?
– A moja Basia też zawsze czekała na ten program – znów ożywił się dziadek Bronek i kontynuował rozmowę:
– Ja tylko jednego nie rozumiem – mamy w kraju kryzys, a oni tam takie ogromne nagrody rozdaje. Skąd mają na to pieniądze ?
– Mój Piotrek tak to tłumaczył, mówiąc, że to Amerykanie dają pieniądze na nagrody, abyśmy siedzieli przy telewizorach i nie pracowali.
– No tak, nie będziemy pracować, nie będziemy konkurencją.
– No i nie będziemy już konkurować, nasz naród już dawno zadusili, już dawno zamęczony jest stagnacją.
– Och, moja Basia ich nie żałowała – znów zaczął wspominać starzec i nagle zamilkł, bo przecież nie przyszedł tutaj, żeby mówić tylko o swojej Basi.
Jednak Małgorzata zapytała sama:
– Ile razem żyliście ?
– Pół wieku, obchodzilibyśmy nawet złote gody.
– My z Piotrkiem nie dotrwaliśmy do okrągłej rocznicy, poznaliśmy się w 56 roku.
Ulegając pewnym impulsom, dziadek Bronek i Małgorzata nie wahali się już mówić sobie nawzajem o Basi i Piotrku. Ich drugie połówki, będąc niewidzialne w tym pokoju, jakby pomagały im się zbliżyć do siebie i zrozumieć. To, co wyglądałoby na kompletny absurd, gdyby byli młodzi, nabierało teraz innego, głębszego i niezrozumiałego na pierwszy rzut oka znaczenia. Wierząc, że nie było dla nich ludzi droższych niż Piotr i Basia, Bronek i Małgorzata poznali się i zbliżali do siebie mówiąc o swoich małżonkach. Tych dwoje, którzy byli integralną częścią ich życia, byli teraz w pobliżu, spoglądając na swoich rywali i dając pozwolenie, aby Ci, którzy zostali na ziemskim padole, zjednoczyli się i wspierali wzajemnie, dopóki nie spotkają się ponownie, by być już ze sobą na zawsze.
Małgorzata odprowadziła dziadka Bronisława do furtki.
” No nic, szczera kobieta ” – pomyślał idąc na pociąg – ” i jak o mojej Basi słuchała ! „.
” Widać, że to dobry człowiek, nawet jest podobny trochę do Piotrusia ” – myślała tymczasem Małgorzata. Po odprowadzeniu wzrokiem Bronisława usiadła na werandzie i spojrzała najpierw na ogród pełen słoneczników, a potem, na młodego i uroczego Piotra, który kroczył w jej kierunku po polu wśród słoneczników, na te wszystkie minione lata i możliwie szczęśliwą jeszcze przyszłość.
– Spodobała Ci się ? – Stanisława czekała na brata, siedząc na ławce przed domem.
– Spodobała.
– I co teraz ?
-Jutro znowu do niej pojadę…





