Pytanie Haliny

Andrzej Zięba wysiadł z czarnego mercedesa dopiero wtedy, gdy kierowca uchylił tylne drzwi i chrząknął cicho. Samochód stał przed drewnianym płotem, za którym widać było gospodarstwo: stodołę, komórkę, biały dom z niebieskimi okiennicami. Był lipiec, powietrze pachniało rozgrzaną trawą i kurzem z drogi. Na słupie obok bramy bocian klekotał, jakby zgłaszał pretensję do intruza.

Andrzej nie ruszył się od razu. Popatrzył na kalenicę, na starą gruszę przy węgłu, na studnię z żurawiem. Trzydzieści lat. Tyle czasu nie postawił nogi na tym podwórzu. Wyjechał, mając siedemnaście, na studia do Warszawy. Potem praca, awanse, gabinet z widokiem na Pałac Kultury, żona Barbara – właścicielka sieci salonów kosmetycznych, córka Weronika w Dublinie, syn Michał w Krakowie. Miał wszystko, co mógł sobie wymarzyć. Poza spokojem sumienia.

Przyjechał, żeby załatwić sprawę spadkową. Matka zmarła dziesięć lat temu. On wtedy nie przyjechał na pogrzeb, bo w Brukseli trwały negocjacje unijnego projektu. Przysłał wieniec, przelał pieniądze na ceremonię. Siostra Halina zajęła się wszystkim. Teraz z akt wygrzebano dokument, że połowa domu należy do niego. Chciał to uregulować — sprzedać swoją część, wpłacić pieniądze na konto i wrócić do stolicy. Tak planował. Ale coś go zatrzymało.

— Pchnij mocniej, zawsze tak robi — usłyszał.

Na ganku stała kobieta w gumowych kaloszach i szarej chuście. Miała opalone dłonie, a na fartuchu ślady mleka. Halina. Ostatni raz widział ją, gdy miała trzydzieści dwa lata. Dziś była po sześćdziesiątce, poszarzała, z głębokimi bruzdami na twarzy. Ale oczy te same — jasnoszare, z tym przymrużeniem, które znał od dziecka. Tak patrzyła, gdy zbił słoik z konfiturami, gdy skłamał o ocenie, gdy wyjeżdżał.

— Andrzej — powiedziała, jakby potwierdzała, że to naprawdę on.

— Halina.

Nie objęli się od razu. Stali naprzeciw siebie, dwa obce ciała z jednej krwi. Wtedy zza węgła wybiegł rudy pies, szczeknął raz i polizał Andrzeja po dłoni. Halina cmoknęła: — Cicho, Burek. To swój.

Burek. Tego psa nie było w planach. Andrzej podrapał go za uchem, czując, jak mu drży warga.

Weszli do środka. W domu pachniało kiszoną kapustą, dymem z pieca i mlekiem. Na parapecie stała geranie, na ścianie wisiał fotoplastykon ze zdjęciami: matka, ojciec, Halina z mężem, jej synowie, wnuki. I on sam — młody, w marynarce, uśmiechnięty.

— To ja — zauważył.

— Mama powiesiła. Nie zdjęłam — odparła.

Wieczorem siedzieli przy kuchennym stole. Halina podała żurek z białą kiełbasą, chleb razowy, ogórki kiszone, domową nalewkę z wiśni. Andrzej pił mało, patrzył w okno, za którym krążyły jaskółki.

— Mąż? — zapytał. — Mikołaj, prawda?

— Umarł. Siedem lat temu. Serce. Wrócił z tartaku, położył się na tapczanie i nie wstał.

— Współczuję.

— A ty z żoną? Szczęśliwy?

Andrzej odstawił kieliszek. Poczuł, jak mu zasycha w gardle.

— Bywa różnie — powiedział.

— Różnie to nie szczęśliwie — stwierdziła Halina, mieszając łyżką w talerzu.

— A ty? — zapytał cicho. — Po śmierci Mikołaja…

— Ja mam synów. Jeden jeździ śmieciarką, drugi pracuje w warsztacie samochodowym w Suwałkach. Czterech wnuków. Wszyscy przyjeżdżają w weekendy. — Urwała. — Do ciebie też w końcu przyjechali, co?

Andrzej nie odpowiedział. Nocował w pokoju, gdzie stało stare tapczanowisko. Liczył belki w suficie, słuchał, jak w piecu dogasają szczapy. Za oknem grały świerszcze. W mieście nigdy ich nie słyszał.

Nad ranem wyszedł przed dom. Niebo nad Podlasiem było ciemnogranatowe, usiane gwiazdami. Droga mleczna, jak rzeka światła. Poczuł, że ma ochotę zapłakać.

Rano Halina doiła krowę w oborze. Andrzej stanął w drzwiach.

— Halina, muszę ci coś powiedzieć.

— Mów.

— Przyjechałem, żeby sprzedać swoją połowę domu.

Zacisnęła palce na wymionach krowy, nie odwracając się do niego.

— Wiedziałam. Dzwoniła twoja asystentka, że będą papiery.

— Ale nie sprzedam. Przepiszę na ciebie.

Wyprostowała się, otrzepała fartuch. Podniosła na niego oczy, w których błysnęło coś twardego.

— Nie potrzebuję twojej łaski.

— To nie łaska. To twoje. Zawsze było twoje. Ty byłaś z matką, ja nie. Ty trzymałaś ją za rękę, gdy umierała. Ja…

— Dość — ucięła. — Nie mów o tym.

Andrzej podszedł do stołu w kuchni, wyjął z torby granatową teczkę. Położył ją obok kuchenki.

— To akt darowizny. Moja część warta jest sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych. Dom wyceniono na trzysta osiemdziesiąt. Podpisz, a wszystko będzie twoje.

Halina stała bez ruchu. Burek podreptał i usiadł przy jej nodze.

— A ty? Zostaniesz z niczym?

— Ja mam dość. Naprawdę.

Wziął jej dłoń i włożył w nią długopis. Palce miała zimne, zgrubiałe od pracy. Halina patrzyła na dokument, potem na niego. W końcu podpisała. Andrzej złożył teczkę, podał jej.

— Trzymaj.

Halina wzięła teczkę, przycisnęła do piersi. Spod chustki wysunęło się pasmo siwych włosów.

— Wrócisz jeszcze? — zapytała.

— Wrócę. Obiecuję.

— Nie obiecuj, jeśli nie dotrzymasz.

— Dotrzymam.

Andrzej wyszedł na podwórze. Kierowca otworzył drzwi. Wsiadł, ale zanim zatrzasnął, obejrzał się na ganek. Halina stała z teczką, a Burek szczekał raz za razem, jakby go odprowadzał.

Samochód ruszył. Za oknem przesuwały się chałupy, kapliczka przy drodze, stary przystanek z reklamą „Tymbark”, bocianie gniazdo na dachu stodoły. Andrzej wyciągnął telefon. Wybrał numer asystentki.

— Proszę odwołać wszystkie spotkania na najbliższy tydzień. I zarezerwować mi pokój w gospodarstwie agroturystycznym nad Wigrami.

— Ale panie dyrektorze, a negocjacje z inwestorem?

— Powiedziałem: odwołać.

Rozłączył się. Patrzył, jak za szybą las zmienia się w pola. Nie wiedział, co go czeka — od trzydziestu lat mu się to nie zdarzyło. I to było w porządku.

Oceń artykuł
Pytanie Haliny