Połowę dzieciństwa spędziłam z moją bliźniaczą siostrą w sierocińcach, aż w końcu nasza ciotka, Eleni, siostra mojej mamy, tuż po osiągnięciu pełnoletniości, postanowiła wziąć nas do siebie. Eleni wraz z jej mężem, Panosem, właściwie stali się naszymi rodzicami i naprawdę, kocham ich z całego serca i jestem im dozgonnie wdzięczna za wszystko, co dla nas zrobili.
Na nasze osiemnaste urodziny zabrali nas do trzypokojowego mieszkania w samym centrum Aten, które kiedyś należało do naszych rodziców. Przez cały czas wynajmowali je, a teraz zaproponowali, żebyśmy je sprzedały, a kasę podzieliły na pół żeby każda mogła łaskawie kupić sobie własny kąt. Muszę przyznać, że pomysł nam się spodobał. Mieszkanie było w porządku, więc zarobiłyśmy naprawdę niezłą sumkę dostałam tyle, że mogłam pozwolić sobie na dwupokojowe lokum, oczywiście musiałam dociągnąć trochę kredytu w euro, ale spłaciłam wszystko w rekordowym czasie, ledwo rok minął. Potem zaczęła się epopeja z remontem i meblowaniem wszystkiego od zera.
Moi rodzice byli szczęśliwi, że mam już swoje cztery ściany i trochę stabilizacji, ale z moją siostrą, Zoią, to już była inna para kaloszy. Nie mogła się zdecydować, a to tu wyda kilka tysięcy euro na najnowszy telefon, potem na jakiś cudowny ekspres do kawy, innym razem wyjście do finezyjnej restauracji albo wycieczka do Barcelony. O kupnie mieszkania oczywiście ani mru mru. Gdy moja cierpliwa ciotka Eleni zobaczyła, że Zoia już za chwilę zostanie bez grosza, zapowiedziała bardzo grecko, że jeśli nie przestanie szastać kasą, to zostanie sama na rynku jak feta bez oliwek.
No więc, jak można było się spodziewać, Zoia nie zdołała już kupić mieszkania za resztki pieniędzy i musiała zacząć wynajmować kawalerkę. W międzyczasie znalazła chłopaka, Kostasa, więc wynajęli coś razem i zaczęli się powoli ogarniać finansowo. Ja w tym czasie dostałam awans w pracy, pomogłam Eleni i Panosowi ogarnąć rodzinne rachunki, byłam na wakacjach na Santorini i poznałam Christosa świetnego faceta, z którym planowałam razem zamieszkać.
Niedługo po tym, jak zaczęłam nowy związek, zebrała się nasza cała rodzinka u mnie w mieszkaniu na małe świętowanie. Wtedy Zoia wyskoczyła z nowiną, że jest w ciąży, a zaraz potem popłynął tradycyjny grecki monolog o trudach wynajmu mieszkania wiecie, kawalerka kosztuje obecnie więcej, niż można wycisnąć nawet na dwóch etatach. Typowa lamentacja, wyjęta prosto spod Akropolu.
Nie bardzo mogłam załapać, o co jej chodzi aż tu nagle:
Daj mi swoje mieszkanie, przecież zaraz rodzę, a ty i tak jesteś sama, możesz się przenieść do cioci, a iki (ona) będzie miała wolny pokój. powiedziała Zoia z powagą, która w Grecji zwiastuje tylko kłopoty.
Odpowiedziałam jej stanowcze όχι (nie). Wystrzeliła z płaczem, chwyciła Kostasa pod ramię i wyszła, zostawiając za sobą morze pretensji i trochę niedojedzonego dipu tzatziki.
Potem jeszcze kilka razy dzwoniła sprawdzić, czy przypadkiem nie przejrzałam na oczy i nie zmieniłam zdania, ale ja uparcie trwałam przy swoim. Remontowałam to mieszkanie własnymi siłami, na każdy talerz i każdą kanapę zarobiłam sama, a teraz miałam wszystko oddać na tacy, bo ona nie pomyślała o przyszłości? Jasne! Każdy jest kowalem swojego losu nawet pod greckim słońcem.
Press «Like» and get the best posts on Facebook ↓




