Paweł wszedł do kuchni, wciągnął nosem powietrze i stanął jak wryty.
— Kasiu… — zawiesił głos, unosząc pokrywkę garnka. — A gdzie mięso? Gdzie kura, którą wczoraj kupiliśmy?
Kasia nie podniosła wzroku znad zeszytu. Wypełniała akurat rubrykę „rozpoznanie” — kot syjamski, zapalenie pęcherza, antybiotyk na siedem dni.
— Kura jest w zamrażarce. Na niedzielę. Dziś rosół jarski.
— Jarski? — Paweł odłożył pokrywkę z brzękiem, który zabrzmiał głośniej, niż zamierzał. — Ja pracuję fizycznie, Kasia. Montuję klimatyzację na piątym piętrze bez windy. Potrzebuję białka, a nie wody z makaronem.
Kobieta powoli zamknęła zeszyt. Wstała, podeszła do lodówki i wyjęła z szuflady pudełko po maśle. Postawiła je przed mężem.
— W środę kupiłeś nową kierownicę do swojej hondy, która od listopada stoi pod blokiem na kołkach. Sportową, ze skóry. Za osiemset dziewięćdziesiąt złotych. — Otworzyła pudełko. Było puste. — Tu jest twoje białko. Rozpuściło się w promocji na części do gruchota.
Paweł poczerwieniał. Jego kark, zawsze opalony nawet zimą, nabrał barwy cegły.
— Moja mama gotowała ojcu mięso codziennie. Przez trzydzieści lat. I jakoś nikt nie narzekał. Ojciec po pracy kładł się na kanapie i odpoczywał. Bo na to zasługiwał.
— Twój ojciec był brygadzistą w hucie na trzy zmiany, Pawełku. — Kasia wsypała sól do zlewu i odkręciła wodę. — I zarabiał trzy razy więcej niż twoja mama w przychodni. Więc to był podział. U nas jest inaczej. Ja w Leczniczce na Puławskiej podnoszę na stół owczarki po czterdzieści kilo, potem jadę po Marcela do szkoły, potem stoję w korku na Moście Siekierkowskim, potem odrabiam z nim matematykę. Padam o dziewiątej. Ty kładziesz się o szóstej i włączasz FIFA.
Zapadła cisza przetykana kapaniem wody z niedokręconego kranu. Za oknem na Jelonkach zapalały się latarnie, mokry śnieg kleił się do parapetu trzeciego piętra.
Paweł odsunął talerz.
— W takim razie ja też nie będę zmywał. Ojciec nigdy nie dotknął gąbki. Zobaczymy, jak długo wytrzymasz bez czystych garnków.
Wyszedł do dużego pokoju. Po chwili Kasia usłyszała charakterystyczny dźwięk konsoli i komentarz Szpakowskiego z jakiegoś archiwalnego meczu.
Spojrzała na stół. Na talerzu został rosół, makaron przywarł do brzegu, a obok leżała łyżka, którą mąż rzucił niedbale, celując w podkładkę i nie trafiając. Sięgnęła po telefon.
Następnego dnia o siedemnastej Paweł wrócił z pracy wcześniej. W przedpokoju zdjął buty — mokre, bo na Marszałkowskiej rozkopywali kolejny odcinek torów i wszędzie było błoto — i od razu poczuł zapach. Schabowy. I jeszcze coś słodkiego, waniliowego.
Wszedł do kuchni i zamarł.
Przy stole siedziała jego matka, Teresa. Obok niej Kasia. Obie trzymały kubki z kawą, a na blacie stała miska z ciastem, oprószonym cukrem pudrem. Na patelni skwierczały kotlety.
— Mamo? — Paweł zmarszczył czoło. — Nie mówiłaś, że przyjedziesz.
— Bo nie musiałam mówić. — Teresa otarła dłonie w ścierkę w pomarańczowe paski, którą przywiozła ze sobą z Grodziska. Znał tę ścierkę od dziecka. Zawsze pachniała proszkiem do pieczenia. — Kasia do mnie zadzwoniła. Powiedziała, że masz mały kryzys męskości i potrzebujesz przypomnienia, jak działa świat.
— Ale to nie jest…
— Siadaj.
Usiadł.
Matka postawiła przed nim talerz. Ziemniaki, surówka z marchewki, schabowy wielkości dłoni dorosłego faceta. Obok położyła widelec i nóż.
— Jedz.
Paweł zerknął na Kasię. Żona smarowała kajzerkę masłem, najspokojniej w świecie, jakby nie wydarzyło się absolutnie nic nadzwyczajnego.
— Mamo, posłuchaj…
— Nie. — Teresa zdjęła fartuch. — To ty posłuchaj.
Podeszła do zlewu, odkręciła wodę i zaczęła płukać szklankę. Nie odwracając się, mówiła:
— Twój ojciec, świętej pamięci, kładł się na kanapie, bo wracał po szesnastu godzinach przy piecu hutniczym. Miał oparzenia na rękach, których nie widziałeś, bo zawsze nosił długi rękaw. Ja pracowałam w rejestracji na pół etatu. I to był nasz układ, Pawle. Mój i jego. Nie twój i Kasi.
Odwróciła się.
— Ty montujesz klimatyzację od ósmej do czwartej. W soboty grasz w piłkę z kolegami. Twoja żona operuje psy z ropiejącymi ranami, przyjmuje porody kocic o trzeciej nad ranem, ogarnia Marcela, bo ty na wywiadówkach byłeś raz, w pierwszej klasie, i nawet nie trafiłeś do właściwej sali.
Paweł przełknął kęs. Schabowy smakował dokładnie jak w dzieciństwie — czosnek, majeranek, odrobina cebuli. Ale w ustach rósł mu kamień.
— Przyjechałam, bo myślisz, że świat działa tak: rodzisz się chłopcem, więc talerze myją się same. A one się nie myją. Myje je Kasia. Albo ja, jak przyjadę. Ale ja przyjeżdżam raz na miesiąc, a Kasia mieszka tu codziennie. Od pięciu lat.
Teresa usiadła naprzeciwko syna, podparła brodę dłonią. Jej obrączka stuknęła o blat — ta sama, której nie zdjęła od pogrzebu.
— Więc teraz wybieraj. Albo od dziś przejmujesz pół kuchni. Pół zakupów, pół sprzątania, pół gotowania. Albo jutro jadę do twojego brata do Poznania i mówię mu, że wychowałam jednego dżentelmena i jednego wałkonia. Sam zdecyduj, który jest który.
Kasia odłożyła nóż. Zeszyt z diagnozami leżał na parapecie, między doniczką z bazylią a kaktusem, którego Marcel przyniósł z przedszkola trzy lata temu i który cudem wciąż żył.
— Wiesz co, Pawle… — zaczęła, ale nie dokończyła.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. To sąsiadka z dołu, pani Halina, przyszła pożyczyć soli. Kasia wstała, otworzyła, a kiedy wróciła, minęło może dwadzieścia sekund.
Przez te dwadzieścia sekund Paweł zdążył zrobić trzy rzeczy. Odłożyć widelec. Popatrzeć na matkę. I zobaczyć w jej twarzy coś, czego nie widział od śmierci ojca — rozczarowanie przemieszane ze zmęczeniem, którego nie da się przespać.
Mężczyzna wstał, podszedł do zlewu i odkręcił wodę. Wziął gąbkę.
— Mama to ciasto z jabłkami zrobiła? — zapytał, nie odwracając się.
— Tak. Szarlotkę. Twoją ulubioną.
— To ja pozmywam, żeby był czysty blat, i sobie ukroję.
Kasia nic nie powiedziała. Wróciła do swojej kajzerki, ale kącik jej ust drgnął. Teresa podniosła kubek z kawą, upiła łyk i spojrzała przez okno na mokry śnieg topniejący na parapecie.
Paweł szorował patelnię, z której przed chwilą jadł. Zmywał tłuszcz, płukał, wycierał do sucha. Pierwszy raz od ponad roku.
Następnego ranka, w sobotę, wstał o siódmej. Kasia jeszcze spała, bo w piątek miała dyżur do północy — cesarka u doga niemieckiego, dziewięć szczeniąt, uratowany miot. Zszedł do osiedlowego warzywniaka przy ulicy Człuchowskiej, kupił włoszczyznę, udko z indyka i pęczek natki. Wrócił, nastawił rosół.
Kiedy Kasia zeszła do kuchni, na stole stały dwa talerze. Makaron cienki, rosół esencjonalny, mięso pokrojone w kostkę. Obok leżał zeszyt z diagnozami, który zostawiła na parapecie — Paweł położył go przy jej nakryciu, razem z długopisem.
— To co, idziemy dziś do tego nowego parku na Czerniakowie? — zapytał. — Marcel mówił, że chciał na te wielkie huśtawki.
Kasia uniosła łyżkę do ust. Rosół był lekko przesolony. Ale mięsa było w sam raz.






