Harda córka

Kasia od zawsze była pyskata. Jedynaczka, wychuchana przez matkę i ojca, którzy w Katowicach prowadzili mały warzywniak przy placu Miarki. Cokolwiek w domu się działo — Kasia musiała postawić na swoim. Sąsiadka z dołu, pani Wiesława, mawiała: „Pani Zosiu, co wy z niej wychowujecie? Janusza biznesmena? Tupnie nogą, a wy już jej ustępujecie”. Matka tylko machała ręką. Sama była zmęczona, całe dnie na nogach, ojciec wiecznie z magazynem, w domu ciepłe kluchy, a tu dziecko z charakterem.

Kiedy Kasia skończyła siedemnaście lat, oznajmiła, że ma chłopaka. Mariusz miał dwadzieścia dwa lata, kończył zawodówkę na Zawodziu i dorabiał na myjni samochodowej. Wracał z nią spod trzepaka o pierwszej w nocy, a ojciec Kasi, pan Andrzej, stał w oknie i tylko zaciskał pięści. — Człowiek ledwo na nogach stoi, rano otwarcie sklepu, a ty szlajasz się po nocy! — grzmiał, kiedy wchodziła do przedpokoju. Kasia ściągała trampki i uśmiechała się pod nosem. — Tato, ja już jestem dorosła. Z Mariuszem jesteśmy na poważnie. — Poważnie to jest wizyta u notariusza, a nie wycieranie ławek do świtu — wtrąciła matka, wycierając ręce w ścierkę. — Zobaczysz, jeszcze wpadniesz, a wtedy będzie dopiero poważnie.

Trzy tygodnie później Kasia oświadczyła, że się wyprowadza. Wynajęli z Mariuszem kawalerkę na Koszutce, w starej kamienicy z grzybem na ścianach, ale za to z widokiem na kopalniany szyb. — Tam nawet ogrzewania nie ma, tylko piecyk gazowy! — matka prawie płakała, mieszając zupę. — Zimą zamarzniecie! A jemu jeszcze niedługo do wojska… — Nie idzie do wojska — rzuciła Kasia, pakując rzeczy do reklamówki z logo Lidla. — Jedzie do Norwegii, do pracy na platformie. Ja poczekam. I proszę mnie nie odwodzić, bo jestem pełnoletnia.

Matka usiadła ciężko na taborecie. — Dziecko… ty nawet nie wiesz, co to znaczy czekać.

Przez pierwszy miesiąc Mariusz dzwonił co wieczór. Kasia przykładała telefon do ucha i słuchała, jak tam u niego zimno, mokro i ciężko. Potem dzwonił raz w tygodniu. Potem już tylko SMS-y. Aż w końcu Kasia nie dostała nawet emotikonka na walentynki. Siedziała wtedy na ławce w parku Kościuszki, obok stawu, i patrzyła, jak ryby pod lodem ledwo zipią.

Wróciła do rodziców w kwietniu. W zaawansowanej ciąży.

Ojciec nie krzyczał, co było gorsze od awantury. Stanął w progu i powiedział tylko: „Gratuluję”. Matka płakała po kątach, babcia Helena zaciskała usta, a Kasia, z brzuchem pod bluzą z lumpeksu, powtarzała jak katarynka: — On wróci. Zobaczy małą, zobaczy mnie i wszystko się ułoży. — Dziewczyno — babcia popatrzyła znad okularów — on na ciebie nawet alimentów nie przyśle. Przestań pisać te listy, bo tylko listonosz ma z tego radość.

Kasia zaciskała pięści. — On po prostu nie wie, że to córka. Pisałam mu, że będzie córka, Zosia. Może tam pokład jest daleko od portu i listy nie dochodzą.

Babcia nic już nie odpowiedziała, tylko zgasiła papierosa w popielniczce i nalała Kasi herbaty.

Urodziła Zosię w połowie stycznia, w szpitalu na Ceglanej. Leżała na sali, patrzyła na zawiniątko z ciemnymi włoskami i nagle przestała wierzyć. Przestała wierzyć od razu, w jedną noc, bez przejścia. Nie było w niej smutku, tylko jakaś czysta, dźwięczna pustka. Jakby ktoś przekręcił wajchę.

Przez kolejne lata słyszała od sąsiadek, że Mariusz został w Norwegii na stałe. Ożenił się. Próbował kilku związków, ale nie mógł mieć dzieci. Ktoś wspominał, że z trzecią żoną leczył się bezskutecznie, że jeździli do kliniki do Niemiec, potem na Jasną Górę, potem ponoć do jakiejś znachorki pod Limanową. Kasia wzruszała ramionami. Nie życzyła mu źle, ale też nie życzyła dobrze — on po prostu przestał istnieć. Jak postać z serialu, który się skończył lata temu.

Kiedy Zosia miała siedem lat, Kasia poznała Tomka. Pracował w piekarni na tym samym osiedlu, rozwoził chleb po przedszkolach i szkołach. Właśnie dostarczał do przedszkola bułki z serem, gdy Zosia podbiegła i zażądała, żeby pan kierowca ją pohuśtał na rękach. Tomek zrobił się czerwony jak burak, a Kasia pomyślała: „No, proszę. Kolejny”.

Ale Tomek się nie poddał. Przychodził po pracy, siadał na schodkach przed domem i czekał. Przynosił pączki z lukrem, zniósł awarię zepsutego zamka w drzwiach, raz nawet sam zawiózł Zosię do dentysty, bo Kasia miała wywiadówkę. — Ja niczego nie obiecuję — powiedziała mu Kasia, stojąc w przedpokoju. — Ja po prostu nie potrafię tak od razu. — A ja nie proszę od razu — wzruszył ramionami Tomek. — Proszę tylko, żebyś mnie nie wyrzucała po pięciu minutach.

Nie wyrzuciła.

Pewnego wieczoru siedzieli w trójkę na kanapie i oglądali głupoty w telewizji. Zosia przysnęła, a Tomek wyłączył dźwięk i powiedział, że znalazł w internecie dom w sprzedaży. Na Dębowej, cztery pokoje, ogród, miejsce na huśtawkę. — Nie chcę, żebyś odpowiadała teraz — mówił, patrząc w podłogę. — Ale pomyśl. Ja tam widzę nas.

Pobrali się w urzędzie stanu cywilnego przy Rynku, a potem poszli na obiad do restauracji na Mariackiej. Żadnego wesela, tylko rodzina i kilka osób z pracy. Zosia w różowej sukience biegała między stolikami i pokazywała wszystkim pierścionek, który dostała od Tomka — mały, z błyszczącym oczkiem.

Dom udało się kupić pół roku później. Był do remontu, ale Tomek umiał wszystko zrobić. W weekendy kładł panele i malował ściany, a Kasia sadziła kwiaty wzdłuż ścieżki. Właśnie podlewała petunie, kiedy zadzwonił telefon.

Nie znała numeru. Odebrała.

— Kasia? — Głos po drugiej stronie był starszy, zmęczony, ale rozpoznała go, zanim tamten zdążył powiedzieć swoje imię. — Przyjechałem. Jestem w mieście. Chciałbym zobaczyć córkę.

Kasia oparła się o grabie. Serce jej dudniło, ale głos miała spokojny. — Zosia ma dziesięć lat i nigdy nie zapytała o ciebie. Nawet nie wie, że istniejesz. — To może czas, żeby się dowiedziała. Mam swoje prawa, w końcu jestem… — Nie jesteś. — Dłoń Kasi na trzonku grabi pobielała. — Nie jesteś nawet w jej akcie urodzenia. Sam tego chciałeś, pamiętasz? Pisałeś, żebym nie rodziła.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Kasia czekała. Słyszała, jak Mariusz oddycha, jak coś tam za oknem trzeszczy.

— Przyjeżdżam na kilka dni. Gdybyś zmieniła zdanie, zadzwoń. — Nie zmienię.

Rozłączyła się. Schowała telefon do kieszeni ogrodniczek i wróciła do podlewania. Ręce jej drżały jeszcze przez dobrą godzinę.

Tydzień później Mariusz pojawił się przed jej domem. Wysiadł z taksówki, w nowej kurtce, chudszy, z siwymi pasmami nad czołem. Kasia zobaczyła go z okna kuchni. Stała akurat przy zlewie i myła jabłka na kompot. Zosia bawiła się z Tomkiem w ogrodzie, budowali domek na drzewie.

Kasia otworzyła drzwi, zanim on zdążył zapukać. W ręku trzymała teczkę — starą, brązową, z urzędowymi pieczęciami.

— Witaj — powiedział cicho Mariusz. Spojrzał w głąb domu. — Mogę wejść?

— Nie możesz — odpowiedziała i podała mu teczkę. Była otwarta. W środku leżało zrzeczenie się praw rodzicielskich, podpisane i opatrzone pieczęcią sądu rejonowego sprzed dziesięciu lat. On nawet nie pamiętał, że podpisał. Podpisał to w Norwegii, na poczcie, przy okazji załatwiania papierów do nowej pracy. Żeby mieć czystą kartę. Żadnych przeszkód. Żadnych dzieci.

Mariusz patrzył na dokument, a potem na Kasię. — Nie wiedziałem… — zaczął.

— Wiedziałeś. Po prostu zapomniałeś — ucięła. — A Zosia ma ojca. Siedzi z nią w ogrodzie i właśnie przybija ósmą deskę do domku na drzewie. Nie potrzebujemy wspomnień. Ani gości.

Zamknęła teczkę i zabrała mu ją z rąk. Mariusz stał na ścieżce, z reklamówką z jakiegoś sklepu monopolowego, a za jego plecami taksówkarz już włączał silnik.

— Jedź — powiedziała Kasia. — I tym razem naprawdę nie wracaj.

Weszła do środka. Kiedy zamknęła drzwi, usłyszała jeszcze, jak taksówka odjeżdża spod bramy. Z kuchni dobiegał zapach gotujących się jabłek. Z ogrodu — śmiech Zosi.

Odłożyła teczkę na komodę i poszła wyłączyć gaz.

Oceń artykuł
Harda córka