Do mojego gabinetu weszła kobieta w płaszczu mokrym od listopadowej mżawki. Przedstawiła się jako Kinga i od progu ostrzegła, że jej historia może zabrzmieć niedorzecznie.
— Nie ma rzeczy niedorzecznych — odparłam, przysuwając jej kubek z herbatą. — Od piętnastu lat doradzam ludziom, którzy zderzyli się z kocim charakterem. Proszę mi wierzyć, słyszałam już wszystko.
Kinga wypuściła powietrze, ścisnęła torebkę na kolanach i zaczęła mówić. Opowiedziała o Loli — trójkolorowej kotce, która trzy tygodnie temu po raz pierwszy została matką. Cztery kocięta, poród bez komplikacji, wszystko zgodnie z podręcznikiem. Kłopoty zaczęły się następnego dnia.
W domu Kingi przygotowania do porodu przypominały małą akcję logistyczną. W sypialni, z dala od przeciągów i telewizora, stanęło pudło wyłożone flanelową pieluchą. Ciepło, ciemno, zacisznie — tak jak radzili na forum hodowców. Lola faktycznie urodziła tam, nad ranem. Kinga obudziła się dumna i szczęśliwa.
Podeszła do pudła. Puste.
Znalazła kocięta w przedpokoju. Nie na wycieraczce, nie w koszyku na czapki. W butach. Konkretnie — w roboczych trzewikach swojego męża Pawła. Każdy maluch tkwił w osobnym bucie, jak w wykrojonej na miarę kołysce. Lola siedziała obok i myła trzecie z brzegu.
Kinga przełożyła kocięta z powrotem do pudła. Godzinę później były znowu w butach.
Od tego momentu rozpoczęła się domowa zimna wojna. Kinga próbowała wszystkiego: pudło z wyższymi ściankami, pudło z niższymi, legowisko w przedpokoju dwa metry od butów, zamknięty domek z koca, nawet wiklinowy kosz wyściełany starą bluzą Pawła. Kotka ignorowała każdą propozycję. W nocy przynosiła kocięta z powrotem do trzewików — ostrożnie, po jednym, ani razu nie upuszczając.
Najdziwniejsze było to, że w przedpokoju stało mnóstwo innego obuwia. Kalosze Kingi, trampki nastoletniego syna, klapki babci, która akurat była z wizytą. Lola omijała je wszystkie. Tylko buty Pawła. Zawsze te same.
W końcu schowali je do szafy. Kotka usiadła pod drzwiami i zawyła. Nie miauczała — wyła, nisko i przeciągle, jakby straciła wszystko. Przestała jeść. Gorzej karmiła małe. Kinga poddała się po sześciu godzinach. Buty wróciły na wycieraczkę, a Lola natychmiast ułożyła w nich kocięta i uspokoiła się.
— Pani Agnieszko — Kinga spojrzała na mnie ze zmęczeniem — my już przejrzeliśmy internet do samego dna. Kotka ma wszystko. A ona chce tylko tych cholernych buciorów, które śmierdzą smarem i solą drogową. Mąż pracuje w zajezdni autobusowej, po całym dniu te buty nie pachną fiołkami. Co jest z tym kotem?
Podeszłam do okna. Za szybą tramwaj szóstka sunął mokrą szyną w stronę Nowej Huty.
— Proszę mi opowiedzieć o mężu — powiedziałam.
— O mężu?
— Tak. Która jest teraz? — spojrzałam na zegar na ścianie. Dochodziła dziewiętnasta. — Czy Paweł jest już w domu?
Kinga zmarszczyła brwi.
— On od pół roku bierze nocne zmiany. Od osiemnastej do szóstej rano. Ledwo się widujemy, ja wychodzę, on wraca. Śpi do południa i znowu. Szczerze mówiąc, prawie go nie ma.
Ostatnie słowa wypowiedziała jakby ciszej, jakby dopiero co do niej dotarły.
— A te buty — ciągnęłam — stoją w przedpokoju przez cały dzień?
— No tak. Zdejmuje je wieczorem i wychodzi w innych. Te robocze schną do następnej zmiany.
Odwróciłam się od okna.
— W tamtym tygodniu przyszła do mnie rodzina z owczarkiem, który nie pozwalał nikomu zbliżyć się do fotela dziadka — powiedziałam. — Dziadek zmarł dwa miesiące wcześniej, pies nikomu nie pozwalał tam usiąść. Myśleli, że czeka na niego. A pies po prostu bronił jedynego miejsca, które pachniało bezpiecznie.
Kinga patrzyła na mnie nieruchomo.
— Lola wybrała buty, które pachną Pawłem — mówiłam dalej. — Nie przypadkiem. Nie dlatego, że są ciemne czy ciasne. Wybrała zapach. Silny, stały, nieprany codziennie. Zapach kogoś, kogo uważa za część swojego stada. Przenosi tam kocięta, bo tam czuje opiekuna. I proszę zauważyć — przenosi je właśnie wtedy, gdy Pawła nie ma w domu. Gdy jego zapach to jedyne, co zostało.
W gabinecie zapadła cisza. Zegar tykał. Kinga siedziała ze wzrokiem wbitym w podłogę, a ja widziałam, że coś w niej pęka — nie z ulgi, nie z zaskoczenia. Bardziej jakby ktoś wreszcie nazwał rzecz, którą ona sama odsuwała od siebie tygodniami.
Za drzwiami poczekalni rozległ się męski kaszel. Uniosłam głowę.
— Przyszedł pani mąż?
— Czeka na korytarzu — powiedziała Kinga bezbarwnie. — Specjalnie wziął wolne, myślał, że razem przekonamy panią, że z kotem coś jest nie tak.
Poprosiłam go do środka.
Paweł był potężnym mężczyzną po pięćdziesiątce. Ramiona szerokie, ręce ciemne od wżartego smaru, którego nie domywa nawet techniczne mydło. Usiadł ciężko na krześle, rozpiął kurtkę i od razu zaczął tłumaczyć, że oni już nie dają rady, że kotka jest jakaś nienormalna.
Słuchałam go spokojnie. Potem opowiedziałam to samo co Kindze. O zapachu. O stadzie. O tym, że Lola wybrała właśnie jego buty, bo w całym domu tylko te trzymają jego obecność przez kilkanaście godzin dziennie.
Skończyłam. Paweł milczał. Patrzył na ścianę, potem odwrócił się do okna i tak został — plecami do nas, nieruchomy, jakby za tą szybą był nie krakowski bruk, tylko coś, czego nie chciał pokazać.
Kinga pociągnęła nosem. Wyjęłam chusteczkę z szuflady, ale nie podałam jej od razu.
— Wiecie państwo, zwierzęta nie znają kalendarza — dodałam ciszej. — Nie wiedzą, że „to tylko praca”, że „trzeba spłacić kredyt”. One czują nieobecność fizycznie. Jak brak ciepła. Jak pustkę w stadzie. Wasza kotka wie tylko jedno: opiekun znika codziennie na wiele godzin. I jedyne, co po nim zostaje, co pachnie nim na tyle mocno, żeby zagłuszyć strach — to te buty.
Paweł wstał gwałtownie. Sięgnął po kurtkę, przerzucił ją przez ramię i wyszedł nawet się nie żegnając. Kinga poderwała się za nim, przepraszając wzrokiem.
Zostawiłam otwarte drzwi.
Na korytarzu było słychać tylko kroki — jeden szybki stukot kobiecych obcasów i jeden ciężki, męski, który nagle się zatrzymał. Przez chwilę cisza. Potem cichy, zduszony głos Kingi:
— Paweł…
Nie usłyszałam odpowiedzi. Tylko pojedynczy dźwięk, który potoczył się po pustym korytarzu jak kulka rtęci — mężczyzna płakał.
Wróciłam za biurko. Na parapecie roztopiony śnieg z czyichś butów utworzył małą kałużę, w której odbijało się światło ulicznej latarni. Zegar wybił wpół do ósmej.
Trzy dni później Kinga zadzwoniła. Lola nadal układała kocięta w trzewikach. Ale teraz obok nich stało nowe legowisko — to z narzutą, które wcześniej kotka ignorowała. I Paweł co wieczór, przed wyjściem na nocną zmianę, kładł na nim swoją zapasową flanelową koszulę. Taką, w której spał do południa. Mocno przepoconą, pachnącą już tylko nim.
Kotka przestała wyć. Kocięta miały dwa gniazda. Jedno na dzień, drugie na noc. A w przedpokoju, obok roboczych butów, stały teraz nowe kapcie Pawła — takie, których nigdy nie wkładał do pracy.
Kupiła je babcia, która akurat skończyła wizytę.






