Chucherko i przerośnięty jamnik

Boguś miał w głowie jedno zdanie, które matka powtarzała mu przez całe dzieciństwo: "Synu, uczciwie ci radzę — nie wychylaj się, bo cię życie zje". I Boguś się nie wychylał. Był mały, chudy i przezroczysty jak celofanowa torebka. W podstawówce mówili na niego "płatek" — bo byle podmuch mógł go przewrócić. W liceum awansował na "amebę". Na studiach już nikt nie przezywał, studenci to poważni ludzie, za to na drugim roku dostał wpiernicz od kogoś spod dziekanatu tylko dlatego, że przewrócił się na korytarzu i potrącił niewłaściwą osobę.

Po studiach trafił do archiwum miejskiego w Łodzi. Ciche miejsce, pachnące kurzem i starym papierem. Szefowa, pani Wiesława, od razu wzięła go pod skrzydła. "Biedny chłopiec, taki mizerny, pewnie trzeba mu obiad przynieść". I nosiła. Inne panie z archiwum też nosiły. Boguś w wieku trzydziestu siedmiu lat miał sześć przybranych matek, zero przyjaciół i jedno głębokie przekonanie: nikt go nigdy nie potraktuje poważnie.

A potem przyszła Anita.

Anita miała metr osiemdziesiąt wzrostu, burzę rudych włosów i głos, który słychać było trzy piętra wyżej. Pracowała w dziale księgowości magistratu, ale do archiwum zaglądała regularnie po stare akta. Za każdym razem, gdy przekraczała próg, Boguś przestawał oddychać. Była jak pożar — niebezpieczna i fascynująca.

Pewnego dnia, gdy piętro wyżej wybuchła awaria rury i zalała korytarz, winda stanęła, a schody zamieniły się w wodospad, Anita utknęła w archiwum. Siedzieli we dwójkę w półmroku, bo awaria wyłączyła też światło. Boguś drżącymi rękami zapalił świeczkę, którą miał w szufladzie na wypadek romantycznej kolacji (nigdy nie doszło do romantycznej kolacji), a Anita popatrzyła na niego jak na kogoś, kto właśnie uratował jej życie.

— Ty to jednak masz głowę na karku — powiedziała, a Boguś omal nie spadł z krzesła.

To był początek. Anita zaczęła go zauważać. Nie jak "biednego chłopca", tylko jak mężczyznę. Prawdziwego. Z krwi i kości. Zapraszała go na kawę, potem na obiad, potem do siebie. Boguś nie wierzył w swoje szczęście. Czekał, aż ktoś go uszczypnie i powie, że to sen.

Ślub wzięli w urzędzie stanu cywilnego na Piotrkowskiej. Boguś płakał ze szczęścia. "Nareszcie — myślał. — Nareszcie ktoś mnie pokochał naprawdę".

Miesiąc po ślubie Anita przeglądała jego szafę, skrzywiła się i powiedziała: "Wiesz co, kochanie, te twoje sweterki… Może lepiej ja będę ci kupować ubrania. W tym wyglądasz, jakbyś szedł na stypę". Boguś przełknął gulę i oddał jej swoją kartę do bankomatu.

Dwa miesiące po ślubie Anita stwierdziła, że mieszkanie na Bałutach to nie poziom. "Sprzedamy je i kupimy coś na Widzewie. Bliżej mojej mamy". Boguś chciał zaprotestować — to mieszkanie odziedziczył po babci, jedynej osobie, która nigdy go nie wyśmiała. Ale Anita już dzwoniła do pośrednika.

Trzy miesiące po ślubie Anita podniosła na niego rękę. Pierwszy raz. Za to, że zapomniał kupić soli.

— Ty niedorajdo — syknęła, a jej dłoń odbiła się od jego policzka z suchym trzaskiem. — O wszystkim muszę myśleć sama, co? O soli też? A może jeszcze ci przypomnieć, jak się oddycha?

Boguś stał i mrugał. W głowie dzwoniła mu matka: "Nie wychylaj się, synu, bo cię życie zje". Ale to nie życie go biło. To biła go żona.

Sześć miesięcy po ślubie Anita postanowiła, że Boguś rzuci pracę w archiwum. "Co ty tam wysiedzisz? Grosze. Mój wujek ma warsztat samochodowy na Olechowie, pójdziesz do niego, nauczy cię fachu. Przynajmniej będziesz mężczyzną, a nie jakąś tam myszą biblioteczną".

— Lubię swoją pracę — szepnął Boguś, wbijając wzrok w podłogę.

— Co? — Anita odwróciła się od kuchenki. — Proszę, proszę, mysz przemówiła. A wiesz, co ja lubię? Normalne życie. Żeby mąż przynosił do domu więcej niż ja. Żeby można było na ludzi spojrzeć bez wstydu. Co ty, do cholery, masz do powiedzenia?

Boguś milczał. A kiedy milczał, Anita dostawała szału. Chwyciła patelnię — nie po to, żeby uderzyć, tylko żeby wyładować złość. Patelnię, potem talerz, potem kubek ze śliwką na occie, który stał na blacie.

— Jesteś nikim! — wrzasnęła. — Rozumiesz? Nikt by na ciebie nie spojrzał! Ja cię znalazłam, ja cię wyciągnęłam, a ty co? Nawet soli nie potrafisz zapamiętać!

Szkło pękło o podłogę, a razem z nim pękło coś w Bogusiu. Może jakaś żyłka. Może ostatnia nitka, na której wisiała jego godność.

— Wynoś się — powiedział cicho. Tak cicho, że sam siebie ledwo usłyszał.

— Słucham?! — Anita zamarła.

— Wynoś się z mojego mieszkania — powtórzył głośniej. — Mieszkanie jest moje. Babcine. Ty je tylko chciałaś sprzedać, ale jeszcze nie sprzedałaś. Więc wynoś się.

Anita popatrzyła na niego jak na robaka, który nagle przemówił. Potem roześmiała się sztucznie.

— Ty? Ty mnie każesz się wynosić? A gdzie ja pójdę, co? Do matki? Tak chcesz? Żeby matka wiedziała, że jej córkę taki chucherko wyrzuca z domu?

— Tak — powiedział Boguś i tym razem głos mu nie zadrżał.

Spakowała się w dwie godziny. Wrzeszczała, płakała, groziła, potem znowu wrzeszczała. Ale pojechała. A kiedy drzwi się za nią zamknęły, Boguś usiadł na podłodze w kuchni i po raz pierwszy od miesięcy poczuł, że może oddychać.

Bał się samotności. Ale samotność okazała się dziwnie łagodna. Nikt nie krzyczał, nikt nie krytykował, nikt nie przypominał, że jest "nikim". Zaczął nawet myśleć, że to całkiem przyjemne — być samemu.

I wtedy pojawiła się Kira.

Kira była sunią w typie jamnika, tylko że jakby przeskalowaną. Długa, niska, czarna, z żółtymi plamkami nad oczami i łapami jak u kreta. Ważyła jedenaście kilo i miała taki wyraz pyska, jakby zawsze przepraszała, że istnieje.

Przyniósł ją sąsiad spod czwórki. Stali na klatce — Boguś wracał z zakupami, sąsiad palił papierosa.

— Panie Bogdanie, pan lubi zwierzęta?

— Nie wiem — odpowiedział zgodnie z prawdą. — Nigdy nie miałem.

— A to jest Kira. Znaczy, jamniczka. No, niby jamniczka, bo chyba z border collie coś miało miejsce, matka spacerowała bez nadzoru. W każdym razie mój szwagier ją przygarnął, myślał, że porządny jamnik, a tu taki stwór urósł. Teraz szwagier wyjeżdża do Niemiec i nie ma co z nią zrobić. Może pan by…

Kira podniosła łepek i popatrzyła na Bogusia. Jej oczy były ciemne, wilgotne i mówiły dokładnie to samo, co on czuł przez całe życie: "Przepraszam, że jestem. Postaram się być mniejsza".

— Biorę ją — powiedział Boguś, zanim zdążył pomyśleć.

Pierwszy tydzień z Kirą był katastrofą. Sąsiad zapomniał wspomnieć, że suka ma lęk separacyjny i wyje jak syrena portowa, gdy tylko Boguś wychodzi do łazienki. Zapomniał też wspomnieć, że Kira nienawidzi listonoszy, kurierów, dostawców pizzy i facetów w czapkach z daszkiem. I że boi się odkurzacza tak bardzo, że potrafi schować się za pralką.

— No i masz — mówił Boguś, siedząc na podłodze wśród strzępów poduszki, którą Kira właśnie wypatroszyła. — Jedna mnie biła, teraz druga mi demoluje mieszkanie. Mało ci było, Boguś? Nie mogłeś sobie kupić rybki?

Kira położyła mu łeb na kolanie i westchnęła. W jej westchnięciu było tyle samo żalu, co w jego własnym. I nagle Boguś zrozumiał, że to nie jest zwykły pies. To jest pies lustrzany — odbicie wszystkiego, czego on sam w sobie nie znosił. Niby nie na miejscu. Niby za duży. Niby nie taki.

— Dobra — mruknął, głaszcząc ją za uchem. — Będziemy się uczyć. Razem.

Zapisali się na zajęcia do szkoły dla psów na Janowie. Boguś był przerażony — bał się, że Kira zrobi mu wstyd, że będzie najgorsza, że trenerka spojrzy na nich i powie: "Proszę państwa, to się do niczego nie nadaje, zabrać to stąd". Ale nic takiego nie padło. Trenerka, młoda dziewczyna z dredami i cierpliwością świętego, pokazała mu, jak nagradzać Kirę za spokój, jak uczyć komendy "zostań", jak odwracać jej uwagę od rowerzystów.

Po dwóch miesiącach Kira przestała wyć, gdy wychodził do pracy. Po trzech — zaczęła reagować na imię, a nie tylko na dźwięk otwieranej lodówki. Po czterech — poszła z nim na pierwszy długi spacer do parku na Zdrowiu, nie ciągnąc smyczy ani razu.

I właśnie tam, na Zdrowiu, Boguś poznał Magdę.

Magda miała owczarka niemieckiego, który nazywał się Bartek i był odwrotnością Kiry — ogromny, pewny siebie, patrzący na świat z wysokości swoich siedemdziesięciu centymetrów w kłębie. Magda też była wysoka i pewna siebie. Boguś już chciał przejść na drugą stronę ścieżki — znał ten typ, znał te głośne, silne osoby, które potem podnoszą rękę albo rozbijają kubki — ale Kira zrobiła coś dziwnego.

Podeszła do Bartka. Nie na ugiętych łapach, nie płaszcząc się. Normalnie. Podeszła, obwąchała i machnęła ogonem. Bartek zaszczekał przyjaźnie i zaprosił do zabawy. Za chwilę oba psy ganiały się po trawie, a Magda stanęła obok Bogusia i powiedziała:

— Śliczna suka. Taka oryginalna. To jaka rasa?

Boguś przełknął ślinę. "Zaraz powie, że jakaś niekonkretna, że nie w standardzie, że do niczego" — pomyślał. Ale nie powiedziała.

— Jamnik w typie… no, długi jamnik — bąknął.

Magda roześmiała się. Nie złośliwie. Ciepło, jakby właśnie usłyszała najlepszy dowcip tygodnia.

— Mój Bartek to oficjalnie owczarek, a nieoficjalnie kanapa. Proszę spojrzeć — wskazała na ogromne psisko, które właśnie przewróciło się na grzbiet i pozwalało Kirze skakać po sobie. — Tak strzeże domu. Sąsiedzi by się uśmiali.

Zaczęli rozmawiać. O psach, potem o życiu, potem znowu o psach. Magda pracowała jako graficzka, była po rozwodzie ("mąż nie mógł znieść, że więcej zarabiam, wyobraża pan sobie?") i miała zasadę: żadnych facetów przez rok. Boguś powiedział, że on ma zasadę: żadnych kobiet przez resztę życia.

Kira i Bartek spotykały się w parku w każdą sobotę. Po miesiącu Boguś i Magda zaczęli pić razem kawę na ławce, podczas gdy psy szalały. Po dwóch miesiącach Magda zaprosiła go na spacer bez psów. Po trzech — Boguś złapał się na tym, że sprawdza telefon co pięć minut, czy nie przyszła wiadomość od niej.

Był przerażony. Pamiętał Anitę. Pamiętał każdy cios, każdą złośliwość, każdy wieczór, gdy czuł się jak śmieć. "A co, jeśli Magda jest taka sama? — myślał. — Na początku też było cudownie".

Ale Magda nie była taka sama. Nie podnosiła głosu. Nie wyśmiewała jego swetrów ani jego pracy, ani jego mieszkania na Bałutach. Gdy dowiedziała się, że pracuje w archiwum, powiedziała: "To musi być fascynujące. Stare dokumenty, historia miasta. Opowiesz mi kiedyś więcej?" I Boguś opowiedział. Pierwszy raz w życiu ktoś go słuchał, nie po to, żeby za chwilę wbić szpilę, tylko naprawdę.

Rok później Kira i Bartek mieszkali już razem. Magda wprowadziła się do Bogusia ("Babcia by się cieszyła" — pomyślał Boguś), a na ścianie w przedpokoju wisiały zdjęcia z psiego ślubu — żartu, który zrobili znajomi z parku, ubierając psy w muszkę i welon.

Był sobotni poranek. Boguś siedział w kuchni i patrzył przez okno na podwórko. Kira spała zwinięta w kłębek na swoim legowisku, Bartek chrapał na kanapie, a Magda krzątała się przy ekspresie.

— Wiesz co? — powiedziała nagle. — Nigdy nie sądziłam, że można być tak po prostu… szczęśliwym.

Boguś odwrócił się i popatrzył na nią. Mały, chudy, w wymiętym T-shircie i z mokrymi od deszczu włosami.

— Ja też nie — odpowiedział.

Kira otworzyła jedno oko, spojrzała na nich i machnęła ogonem przez sen.

Oceń artykuł
Chucherko i przerośnięty jamnik