Renata odłożyła długopis na blat i jeszcze raz przeliczyła słupek cyfr w zeszycie w kratkę. Czterysta osiemdziesiąt złotych – tyle w tym miesiącu Zbyszek wydał na akwarium, o którym nikt go nie pytał. Filtr, żwirek, dwie rybki paletki i lampa UV, którą kupił, bo "ryby muszą mieć dzień i noc jak ludzie".
Ona pracowała jeszcze w przychodni przy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy, na pół etatu jako rejestratorka, i te czterysta osiemdziesiąt złotych to było prawie tyle, ile zarabiała za dziewięć dni. Odkąd Zbyszek w marcu przeszedł na emeryturę, mieszkanie na Wyżynach zrobiło się dla niej za małe. Pięćdziesiąt dwa metry, a on w nich cały dzień – w kuchni, w łazience, przy telewizorze, z pilotem w ręku i pretensją, że kanał sportowy leci z opóźnieniem.
Rano robił jej wykład, że źle parzy kawę. W południe pytał, dlaczego zupa jest bez selera. Wieczorem oglądał mecz Zawiszy Bydgoszcz na cały regulator, a kiedy Renata prosiła, żeby ściszył, bo boli ją głowa, mówił, że to jego telewizor, kupiony z jego pieniędzy, jeszcze w dwutysięcznym trzecim.
– Trzydzieści osiem lat ja gotuję ten seler i nagle to problem – powiedziała wtedy, ale on już wyszedł na balkon zapalić, mimo że lekarz zabronił mu papierosów po zawale sprzed trzech lat.
Sąsiadka z dołu, pani Basia, która hodowała kaktusy na parapecie i znała każdego w bloku po imieniu, kiedyś zatrzymała Renatę przy skrzynkach pocztowych.
– U was teraz jak w telewizorze słychać, Renatko. Cała klatka wie, że Zbyszek nie chce jeść pierogów z twarogiem.
Renata się uśmiechnęła, bo co miała zrobić, ale w środku czuła, jakby ktoś zacisnął jej gardło sznurkiem od firanki.
Punkt zwrotny nastąpił w czwartek, dwudziestego lipca. Renata wróciła z przychodni wcześniej, bo doktor Malinowski odwołał popołudniowe przyjęcia. Otworzyła drzwi i usłyszała, że Zbyszek rozmawia przez telefon z synem, Krzyśkiem, który mieszkał w Poznaniu.
– No mówię ci, ona się we mnie wpatruje jak w telewizor, który jej się znudził – mówił Zbyszek do słuchawki, nie wiedząc, że żona stoi w przedpokoju z torbą z Biedronki w ręce. – Trzydzieści osiem lat pracowałem, a teraz jestem u siebie w domu jak lokator na próbę. Ona by chciała, żebym siedział w tej klubokawiarni na Focha z emerytami i grał w brydża, żeby jej nie zawadzać. A rybki zdechły, bo ktoś przykręcił filtr za mocno. Też pewnie ona, choć się nie przyznaje.
Renata postawiła torbę na podłodze. Mrożonki zaczęły cieknąć na panele, ale ona tego nie zauważyła. Stała i słuchała, jak mąż tłumaczy synowi, że ona go "nie chce w domu", że "traktuje go jak mebel, który się nie mieści".
– Tato, może ona po prostu ma dość, że nagle jesteście razem dwadzieścia cztery godziny na dobę? – odezwał się Krzysiek, ale Zbyszek prychnął i zmienił temat na to, że w niedzielę chce jechać na działki.
Wieczorem Renata nie powiedziała nic o podsłuchanej rozmowie. Zamiast tego zrobiła coś innego – wyjęła z szafki teczkę z dokumentami, tę z napisem "WAŻNE" flamastrem na okładce, i zaczęła przeglądać papiery mieszkania.
Mieszkanie na Wyżynach było wspólne, kupione w dwutysięcznym pierwszym, ale garaż przy ulicy Fordońskiej, ten, który Zbyszek uważał za "swoje królestwo" z warsztatem i wędkarskim sprzętem, był zapisany tylko na nią – bo tak wyszło przy notariuszu osiemnaście lat temu, kiedy to ona dokładała pieniądze z odprawy po likwidacji szpitala, w którym wcześniej pracowała na cały etat.
Następnego dnia, w piątek, Renata wzięła urlop na żądanie. Rano, zanim Zbyszek się obudził, zadzwoniła do Krzyśka i we dwoje w godzinę przewieźli warsztat i wędki do piwnicy w jego bloku na Poznańskiej – Krzysiek akurat przyjechał do Bydgoszczy po jakieś dokumenty i miał wolne pół dnia. Potem Renata pojechała autobusem numer sześćdziesiąt osiem do kancelarii notarialnej przy placu Wolności, tej samej, gdzie osiemnaście lat wcześniej podpisywali akt na garaż.
Notariusz, pan Wojciechowski, pamiętał ją, chociaż się postarzał i nosił teraz okulary progresywne.
– Chce pani sprzedać garaż? – zapytał, kiedy usiadła.
– Chcę go wynająć. Firmie transportowej, ta z Fordońskiej szuka miejsca na busa. Osiemset złotych miesięcznie, umowa na rok.
Notariusz podniósł brwi, ale nie komentował. Sporządził dokument, Renata podpisała, wzięła kopię i wróciła do domu na piętnastą trzydzieści, kiedy Zbyszek siedział przed telewizorem i oglądał powtórkę meczu, który już raz widział.
– Byłaś gdzieś? – zapytał, nie odrywając się od ekranu.
– U notariusza. Wynajęłam garaż.
Zbyszek wyłączył pilotem telewizor tak gwałtownie, że aż upadł na dywan.
– Jaki garaż, mój garaż?
– Twój warsztat i wędki są dziś w piwnicy u Krzyśka. Zawieźliśmy je razem rano, zanim wstałeś. A garaż od poniedziałku ma klucze firma transportowa.
– Ty nie masz prawa! To ja tam trzymam wszystko!
– Prawo mam, bo to moja własność. Notarialnie, od osiemnastu lat. Wczoraj słyszałam, jak mówiłeś Krzyśkowi, że traktuję cię jak mebel, który się nie mieści. Więc pomyślałam – skoro mebel, to trzeba znaleźć miejsce, gdzie zmieści się wygodniej. W garażu nie było dla ciebie miejsca, bo tam teraz stoi cudzy transporter.
– I rybki niby też ja zabiłam? Tak Krzyśkowi powiedziałeś?
Zbyszek otworzył usta i zamknął je bez słowa.
– Filtr sam sobie przykręciłeś, Zbyszku. Ja od dwóch tygodni nie podchodziłam do tego akwarium.
Zbyszek stał na środku salonu, czerwony, z pilotem w dłoni. Osiemset złotych, które teraz szły na konto Renaty, a nie na akwaria i wędkarski sprzęt, to była kwota, której nie dało się przekrzyczeć.
– Zadzwonię do Krzyśka – powiedział w końcu, jakby to była jakaś groźba.
– Dzwoń. On już wie. To on niósł ci wędki po schodach.
Zbyszek usiadł z powrotem na kanapie, ale telewizora już nie włączył. Siedział przed pustym, poczerniałym ekranem, w którym odbijał się cały salon.
Renata poszła do kuchni, wyjęła deskę i nóż, i zaczęła kroić selera na wieczorną zupę. Nóż stukał o deskę równym, spokojnym rytmem, a w garnku za jej plecami zaczynała się gotować woda.






