Free Time

Marta Wieczorek wysunęła telefon spod poduszki dokładnie o czwartej nad ranem, kiedy hotelowy klimatyzator w Kołobrzegu jeszcze się nie budził na dobre. 4600 złotych — tyle pokazywał ekran po ostatnim przelewie na konto oszczędnościowe. Dokładnie tyle, ile trzeba było na dwa bilety do Antalyi i osiem nocy w hotelu z widokiem na morze. Cały rok liczyła każdą złotówkę: nie kupiła nowej kurtki zimowej, odmawiała sobie kawy na wynos, zrezygnowała z wyjazdu integracyjnego z pracy. Wszystko dla tej jednej rzeczy.

Z Tomkiem była dwa lata. Pierwszy raz w tym związku poczuła coś w rodzaju gruntu pod nogami — nie pił, pracował na dwóch etatach w hurtowni budowlanej, nie znikał na weekendy bez tłumaczenia. Dlatego ten wspólny wyjazd miał być czymś więcej niż zwykłym urlopem. Wybierali hotel razem, wieczorami przeglądali zdjęcia pokoi na Booking.com, planowali śniadania na tarasie, spacery bulwarem po zachodzie słońca. Osiem dni bez alarmu o szóstej, bez klientów, bez rachunków za prąd.

Tomek też odkładał — brał nadgodziny, odpuszczał piwo z kolegami w piątki. Kiedy w końcu kupili bilety linii Pegasus z przesiadką w Stambule, Marta nie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Noc przed wylotem prawie nie spała. Walizka stała spakowana od dwóch dni, plan zwiedzania wydrukowany, serce łomotało z podniecenia. Rano pojechali na lotnisko w Szczecinie-Goleniowie taksówką — kierowca miał włączone radio z prognozą pogody, mówili, że nad Turcją będzie trzydzieści dwa stopnie. Odprawili bagaże, przeszli kontrolę, usiedli w poczekalni wśród innych par lecących na urlop.

W samolocie zajęli miejsca 22C i 22D. Marta usiadła przy oknie, patrzyła na płytę lotniska mokrą od porannej mgły. Zapięła pas, sięgnęła po słuchawki — i wtedy usłyszała głos, który zamroził jej krew jeszcze przed startem.

— Tomeczku, kochanie, popatrz, kogo tu spotykamy!

Odwróciła się gwałtownie. W przejściu stała Bożena, matka Tomka, w różowej bluzce w cekiny, a obok niej kobieta mniej więcej w tym samym wieku, z fioletowym cieniem na powiekach i torebką z frędzlami.

— Mamo? — Tomek uniósł się z fotela, twarz zaczęła mu płonąć. — Co ty tu robisz?

— A jak myślisz! Lecimy z Krysią do Antalyi, tak jak nam obiecałeś! — Bożena aż klasnęła w dłonie. — Krysiu, to jest mój syn, dobrodziej, mówiłam ci o nim!

Kobieta z fioletowymi cieniami wyciągnęła rękę do przywitania.

— Krystyna jestem, sąsiadka Bożenki. Dziękuję ci, chłopcze, że nas nie zapomniałeś.

Marta patrzyła to na jedną, to na drugą, jakby ktoś nagle zmienił jej scenariusz filmu. Powoli odwróciła głowę w stronę Tomka.

— O czym one mówią?

Wpatrywał się w oparcie fotela przed sobą.

— Chciałem ci powiedzieć wcześniej, tylko nie wiedziałem jak.

— Powiedzieć co?

— Kupiłem wycieczkę mamie i pani Krysi. Ten sam hotel, tylko inny pokój.

W środku coś się urwało, jak sznurek, na którym wisiał cały ten rok oszczędzania. Kupił wycieczkę. Dla matki i jej sąsiadki. Na ich wspólny wyjazd.

— Żartujesz sobie ze mnie?

Tłumaczył się chaotycznie: mama prosiła, mówiła, że przez całe życie marzyła o morzu, że emerytura marna, że innej okazji już nie będzie. Nie potrafił odmówić.

— A ja? — głos jej się załamał. — Ja też cały rok pracowałam i odkładałam. Na nasz wyjazd. Twój i mój.

— Marta, no przecież i tak będziemy razem — powiedział. — Po prostu teraz to będzie taki rodzinny wypad.

Bożena natychmiast pochyliła się przez przejście.

— Wcale nie będziemy wam przeszkadzać! Siedzimy w rzędzie dwudziestym trzecim, o, tuż obok!

— No właśnie — dodała Krystyna. — Młodzi mają być sami. My tylko czasem wpadniemy się przywitać. No i na wycieczki fakultatywne razem, to już oczywiste.

Marta odwróciła się do okna. W gardle miała gulę tak wielką, że nie wychodziło z niej ani jedno słowo. Lot trwał trzy godziny czterdzieści minut. Milczała przez cały czas. Za oknem chmury wyglądały jak zaspy śniegu, których nigdy nie zdążyła zobaczyć w tym roku, bo nawet na narty nie pojechała — oszczędzała. Tomek próbował kilka razy zagadać, ale nie odpowiadała. W głowie kołatała jedna myśl: cały rok marzeń, wyrzeczeń, planów — i wszystko rozsypało się, zanim samolot oderwał się od ziemi.

W hotelu okazało się, że pokoje są jednak osobne — jeden dla nich, drugi dla Bożeny i Krystyny, dwa piętra niżej. To była jedyna namiastka pocieszenia. Kiedy Marta weszła do pokoju, wszystko wyglądało dokładnie jak na zdjęciach: łóżko z baldachimem, balkon z widokiem na basen, chłód klimatyzacji. Ale radości nie było. Usiadła na brzegu łóżka, obok niej stał otwarty minibar z butelką rakı, której nikt nie zamawiał — najwyraźniej zostawił poprzedni gość. Tomek usiadł obok, niepewnie.

— Musimy porozmawiać.

— O czym?

— Widzę, że jesteś zła…

— Zła? Tomek, ty ukradłeś mi marzenie. Nasze marzenie.

Zapewniał, że niczego nie ukradł, że przecież nadal są razem. Ale Marta już wiedziała z całą pewnością: to nie będzie romantyczny urlop. To będzie urlop z jego matką i jej sąsiadką z bloku. I niemal natychmiast rozległo się pukanie do drzwi. Nie czekając na odpowiedź, weszła Bożena.

— Tomeczku, u nas telewizor nie łapie polskich kanałów! Chodź, spójrz!

— Już idę, mamo — rzucił winnym tonem i wyszedł.

Marta została sama w pokoju, o którym marzyła cały rok, i po raz pierwszy pomyślała, że chce być w domu.

Dalej potoczyło się dokładnie tak, jak się bała. Na śniadaniu Bożena z Krystyną już czekały przy wejściu do restauracji, machając rękami: „Tomeczku, tutaj!". Na plaży — razem. Na spacerze po deptaku — razem. Każdy posiłek, każde wyjście z hotelu — we czwórkę. Tomek nosił im kawę, jajecznicę, sok pomarańczowy. Jeśli mamie coś nie smakowało, szedł po coś innego. Jeśli chciała do sklepu — szedł do sklepu. Jeśli była zmęczona — szukał cienia. Jeśli chciała wody — biegł po wodę.

Czwartego dnia Bożena zapragnęła wycieczki do starożytnego miasta Perge. Kosztowało to sto pięćdziesiąt złotych od osoby — sześćset za czworo, wydatek, którego z Martą nigdy nie planowali. Tomek próbował zaoponować, ale matka nalegała:

— Przecież jesteśmy na wakacjach! Czy tu można oszczędzać?

Krystyna od razu ją poparła:

— Twoja mama trochę kultury też potrzebuje!

Tomek westchnął i się zgodził. Nawet nie zapytał Marty. Na wycieczce było gorąco, tłoczno i nieznośnie. Bożena z koleżanką bez przerwy narzekały: to pić chcą, to zmęczone, to upał nie do wytrzymania. Tomek biegał wokół nich, a Marta szła z tyłu i w milczeniu fotografowała ruiny kolumnady, myśląc o tym, że gdyby ktoś jej powiedział rok temu, że będzie robić zdjęcia kamieniom zamiast trzymać go za rękę, nie uwierzyłaby.

Wieczorem teściowa zapragnęła restauracji z owocami morza.

— Tomeczku, chodźmy! Podobno tam przepysznie!

— Mamo, tam drogo — spróbował jeszcze raz.

— Raz w życiu można sobie pozwolić na luksus!

W restauracji Bożena zamówiła langusty, Krystyna krewetki. Marta wzięła najtańszą sałatkę greacką. Kiedy przyniesiono rachunek na pięćset dwadzieścia złotych, Tomek zbladł, ale zapłacił kartą. Potem były sklepiki z pamiątkami. Magnesy, talerzyki, figurki wielbłądów. I znowu Tomek sięgał po portfel.

Wieczorem Marta siedziała na balkonie, próbując nie eksplodować. Tomek usiadł ostrożnie obok.

— Złościsz się?

— To nie złość, Tomek. To rozczarowanie.

Powiedziała mu wszystko: że ani razu nie byli sami, że zamiast romantyki stali się opiekunami dwóch dorosłych kobiet, że wydał na nie więcej niż na ich własny wypoczynek.

— Przesadzasz — powiedział.

I wtedy Marta nie wytrzymała.

— Przesadzam?! Cały rok odkładałam! Cały rok odmawiałam sobie wszystkiego! A ty po prostu przywiozłeś tu swoją matkę z sąsiadką!

— No bo to moja rodzina…

— A ja kim dla ciebie jestem?

— Moją dziewczyną.

— Dziewczyną, której nie powiedziałeś, że zabierasz jeszcze dwie osoby!

— Bałem się, że mi nie pozwolisz…

— Oczywiście, że bym nie pozwoliła! Bo to miał być nasz wyjazd!

W tym momencie drzwi się otworzyły. W progu stała Bożena.

— Tomek, co tu się dzieje? Dlaczego ona na ciebie krzyczy?

Marta próbowała się opanować, ale już nie potrafiła. Powiedziała, że jest wykończona tym, że jej urlop zamienił się w obsługę teściowej i jej koleżanki. Bożena poczerwieniała.

— Tomek jest moim synem! Ma obowiązek się mną zająć!

— A ja myślałam, że lecimy we dwoje — odpowiedziała Marta. — Nie z panią, pani koleżanką i waszymi niekończącymi się zachciankami.

W pokoju zapadła ciężka cisza. Tomek stał blady, jakby zamienił się w kamień. Za oknem, na basenie, ktoś wciąż grał na gitarze te same trzy akordy, które Marta słyszała już czwarty wieczór z rzędu.

— A ty kim właściwie jesteś, żeby mówić mojemu synowi, jak ma żyć? — rzuciła Bożena.

— Jestem jego dziewczyną.

— Zwykłą dziewczyną! Nawet nie żoną, a już tyle wymagań!

W drzwiach pojawiła się Krystyna i też się wtrąciła. Marta nie powstrzymywała już łez. Mówiła, że cały ten wyjazd stał się dla niej koszmarem, że nie wypoczywa, tylko znosi.

— To nie znoś! — warknęła teściowa. — Idź odpoczywaj sama!

Marta zamarła na chwilę. A potem nagle zrozumiała: to naprawdę jest wyjście.

— Świetny pomysł — powiedziała i odwróciła się do Tomka. — Właśnie tak zrobię.

— Co? — patrzył na nią zagubiony.

— Resztę urlopu spędzę osobno.

Wyciągnęła walizkę i zaczęła wrzucać do niej rzeczy.

— Przenoszę się do innego pokoju.

— Marta, to szaleństwo!

— Szaleństwem jest znosić twoją matkę i jej koleżankę jeszcze przez cztery dni.

Bożena prychnęła lekceważąco:

— No to idź! Bez ciebie będzie nam tylko lepiej!

Marta zapięła walizkę, wzięła torebkę i spojrzała na Tomka po raz ostatni.

— Odpoczywaj z nią. Skoro jest dla ciebie ważniejsza.

Otworzyła drzwi i wyszła. Tomek zerwał się, żeby pobiec za nią, ale ręka matki mocno chwyciła go za łokieć.

— Tomeczku, ani kroku! Niech idzie, gdzie chce!

Znieruchomiał. Popatrzył na matkę. Potem na zamknięte drzwi. I nie ruszył za Martą.

Recepcja przeniosła ją do pokoju na parterze, z widokiem na parking i palmę w donicy zamiast na morze, ale przynajmniej cichy. Zamówiła kolację do pokoju — makaron z krewetkami, kieliszek białego wina, sama zapłaciła kartą, sprawdzając w aplikacji banku, że na koncie zostało jeszcze osiemset złotych z rezerwy na wypadek. Zjadła powoli, oglądając przez telefon serial, którego dawno nie miała czasu obejrzeć. Za oknem zaszczekał hotelowy pies, którego wcześniej nigdy nie zauważyła — biegał między leżakami, jakby to był jego prywatny teren.

Przez resztę tygodnia Marta chodziła na plażę sama, czytała książkę, którą kupiła na lotnisku i o której zapomniała w pierwszych dniach. Raz spotkała Tomka przy basenie — niósł ręcznik dla matki, ich spojrzenia się skrzyżowały, ale żadne z nich się nie zatrzymało. Wróciła do Polski tym samym samolotem co on, tyle że usiadła w innym rzędzie, poprosiła stewardesę o zmianę miejsca jeszcze przed startem.

Miesiąc później, w kancelarii adwokackiej przy ulicy Piastowskiej w Szczecinie, Marta podpisała umowę najmu nowego mieszkania na swoje nazwisko — kawalerki, którą znalazła sama, bez konsultacji z nikim. Zamówiła przeprowadzkę na sobotę. Ze wspólnego mieszkania z Tomkiem zabrała tylko swoje rzeczy i ekspres do kawy, który kupiła za własne pieniądze rok wcześniej — ten sam, na którym oszczędzała, rezygnując z kawy na wynos. Kartę do wspólnego konta oszczędnościowego zablokowała w aplikacji bankowej tego samego wieczoru, kiedy wróciła z lotniska, zanim jeszcze rozpakowała walizkę.

Tomek zadzwonił trzy razy w ciągu tygodnia. Za czwartym razem odebrała.

— Możemy porozmawiać? — zapytał.

— Już porozmawialiśmy. W Antalyi.

— Marta, ja naprawdę…

— Klucze zostawiłam u portiera. Odbierz je do piątku, bo w sobotę zmieniam zamek.

Odłożyła telefon na stół, obok papierów od notariusza, i wróciła do rozpakowywania kartonów.

Oceń artykuł
Free Time