Trzeci telefon tego dnia zaskoczył Tomasza przy automacie z kawą. Właśnie wciskał „podwójne espresso”, gdy w kieszeni marynarki zawibrowało. Na ekranie wyświetliło się: „Zofia Kowalczyk”. Zamarł na sekundę, po czym odetchnął krótko i schował telefon z powrotem.
— Znowu? — mruknął do siebie, choć nikt nie słuchał. Kolega z działu stał obok i czekał na swoją kolej. — Trzeci raz od rana. — Była dopiero 9:45.
— Teściowa? — zgadł Marek.
— Była teściowa.
Wrócił do biurka, usiadł, a na monitorze nadal otwierało się to samo okno z raportem. Nie mógł się skupić. W głowie kłębiło się proste pytanie: „Czego ona znowu chce?”. Nie chodziło o to, że jej nie lubił — chodziło o to, że dzwoniła dokładnie wtedy, kiedy on musiał myśleć o terminach, a nie o tym, co robiła jej kotka.
***
Rok wcześniej Zofia Kowalczyk stała przy oknie w swojej kuchni na czwartym piętrze kamienicy przy ulicy Narutowicza. Na parapecie leżał stary, popsuty budzik — ten sam, który od lat uparcie wskazywał 6:15. Zegar z kukułką w pokoju regularnie się spóźniał: kukułka wychodziła z drzwiczek, zawieszała się na ułamek sekundy, jakby zapomniała po co przyszła, i dopiero potem kukała. Zofia lubiła tę usterkę. Była jej.
Patrzyła na mokre liście przyczepione do szyn tramwajowych. Na dole przejechał tramwaj linii 12, zabrzęczał i zniknął za zakrętem. Pomyślała, że od rana nie odezwała się do nikogo, poza kasjerką w Biedronce, której powiedziała „dziękuję” — i to wszystko.
Dopiero po południu udało jej się połączyć z córką przez wideorozmowę. Nie przez telefon, bo Caro twierdziła, że tak jest taniej. Zofia wybrała złą ikonkę, cofnęła się, kliknęła jeszcze raz. W końcu na ekranie pojawiła się twarz córki.
— Mamo, znowu cię to przerosło? — Karolina siedziała w jakimś jasnym miejscu, w tle grała muzyka. Przed nią stał kieliszek z różowym płynem. — To jest Messenger, nie rakieta. Patrzysz na zieloną słuchawkę i klikasz.
— Pomyliło mi się z tym drugim. — Zofia poprawiła okulary, które i tak zsunęły się jej na czubek nosa.
— Mamo. — Karolina westchnęła. — Nie mogę cię uczyć za każdym razem. Ja tu pracuję, studiuję, nie mam czasu na te banalne rzeczy.
Zofia chciała zapytać o Tomasza, ale ugryzła się w język. Dopiero pod koniec, gdy Karolina już schowała twarz za kieliszkiem, zdobyła się na odwagę.
— A… jak tam Tomek?
— Nie wiem. — Karolina wzruszyła ramionami. — My już nie utrzymujemy kontaktu. Czasem napisze z okazji świąt.
Zofia zacisnęła palce na krawędzi laptopa. Kiedyś Karolina kochała się w Tomku tak, że nie mogła spać. A teraz — obca osoba.
Po rozłączeniu Zofia podeszła do regału. Z górnej półki zdjęła starą ramkę ze zdjęciem, na którym Tomasz klęczał przy jej łacie; wtedy jeszcze Łatka była mała, a on przyszedł pomóc przy przeprowadzce. Spojrzała na to i odłożyła.
Tego samego tygodnia zdecydowała się zadzwonić do byłego zięcia.
— Halo? Pani Zofia? — Tomasz odebrał po trzecim sygnale. W tle słyszała szum ulicy. — Coś się stało?
— Nic, nic. Tylko… pomyślałam sobie, że może wpadłbyś kiedyś na herbatę. Nie jesteśmy przecież obcymi ludźmi.
Po drugiej stronie cisza. Potem:
— W sumie… mógłbym w niedzielę.
Przyjechał. Łatka natychmiast zeskoczyła z parapetu i otarła się o jego nogawkę, choć Karoliny nigdy nie lubiła. Zofia patrzyła, jak kotka wskakuje mu na kolana, i poczuła coś, czego nie umiała nazwać.
Tomek wypił herbatę, zjadł dwa pierogi, które mu wcisnęła, a przy drzwiach powiedział:
— To ja… będę w kontakcie.
I był. Najpierw kilka razy w tygodniu. Potem codziennie. A potem trzy razy dziennie.
Zofia zawsze miała powód.
— Tomek, dzień dobry. Miałeś już śniadanie?
— Pani Zofio, jestem w samochodzie, stoję na Piotrkowskiej. Nie mogę.
— Nie szkodzi, nie szkodzi. Chciałam tylko powiedzieć, że Łatka dzisiaj pierwszy raz położyła się na nowym kocu. Wiesz, tym w kratkę.
Tomek nie wiedział, co odpowiedzieć. Patrzył na wycieraczki, które rozbryzgiwały deszcz po szybie. Miał przed sobą słupki, korki i wieczne spóźnienie.
— Pani Zofio, naprawdę muszę kończyć. — Rozłączył się bez pożegnania.
I od razu zrobiło mu się głupio. Nie dlatego, że był niemiły. Ale dlatego, że sam wychował się w domu, gdzie telefon służył do ustalania: przyjedź, odbierz, kup. Jego matka nigdy nie dzwoniła, żeby pogadać o kocie. Nie było takiej potrzeby.
A Zofia chyba miała inną.
Któregoś dnia, wracając z pracy, Tomek stanął na światłach tuż przed przejściem dla pieszych. Deszcz przestał padać. Po pasach szła starsza kobieta z reklamówką pełną warzyw — miała taki sam ciemny płaszcz jak Zofia. Tomek drgnął, wyprostował się. To nie była ona. Ale przez ułamek sekundy pomyślał, że mógłby wysiąść i pomóc jej nieść tę siatkę.
Zamiast tego pojechał prosto na osiedle. W mieszkaniu usiadł w kurtce i przez dziesięć minut gapił się w ścianę.
Następnego ranka telefon zadzwonił o 8:02.
— Pani Zofia? — Tomek odebrał, zanim zdążył pomyśleć.
— Ojej, Tomek. Ty chyba śpisz, przepraszam.
— Nie, nie śpię. — Wstał z łóżka i podszedł boso do okna. — Co u pani?
— U mnie właśnie Łatka zwymiotowała na dywan. Ale nie przejmuj się. Zadzwoniłam tylko, żeby ci to opowiedzieć. Bo… no wiesz.
— Wiem. — Tomek się uśmiechnął. — Niech pani da jej rano suchą karmę, nie mokrą.
— Tak zrobię. A ty zjadłeś śniadanie?
— Nie.
— To zjedz. Młody człowiek bez śniadania to zły człowiek.
Po tym telefonie Tomek zrobił sobie jajecznicę. I pierwszy raz od dawna nie poczuł się samotny.
Przyszła taka niedziela, że Tomek złapał grypę. Leżał w łóżku z gorączką, nie miał siły odebrać. A Zofia dzwoniła i dzwoniła. Potem napisała do Karoliny: „Tomek nie odbiera. Sprawdź, czy żyje”.
Karolina napisała do niego z Oslo: „Mama panikuje. Co się dzieje?”. Tomek odpisał: „Żyję. Grypa”. Po godzinie usłyszał dzwonek do drzwi.
Na progu stała Zofia. W jednej ręce trzymała torbę z siatką mandarynek, w drugiej słoik z zupą. Na smyczy przyprowadziła Łatkę, ale kotka wyrwała się i już weszła do środka.
— Pani Zofio, dlaczego pani przyjechała? — wychrypiał Tomek, opierając się o framugę.
— Bo jesteś chory. I nie masz komu zrobić herbaty.
Weszła do kuchni, jakby to było jej mieszkanie. I zrobiła mu herbatę z miodem, podała aspirynę, a Łatka wskoczyła na kołdrę i zaczęła mruczeć, aż Tomek poczuł wibracje w żebrach.
Gdy już zjadł zupę, zapytał:
— Pani Zofio, czemu pani to robi? Przecież my z Karoliną…
Zofia odstawiła talerz do zlewu, wytarła ręce w ścierkę.
— Żony bywają byłe, synek. Teściowe — nigdy.
Tego wieczoru Tomek zrozumiał coś prostego: nie trzeba mieć powodu, żeby zadzwonić. Czasem powodem jest to, że ktoś chce usłyszeć, jak oddychasz.
Z czasem zaczął oddzwaniać. Nie dlatego, że musiał. Tylko że miał ochotę.
Pewnego razu przyjechał do niej bez zapowiedzi. Zofia otworzyła drzwi, zdziwiona, że on w ogóle w progu. Łatka zeskoczyła z wersalki.
— Coś się stało? — zapytała, bo tak u niej zawsze zaczynała każda rozmowa.
— Nie. Przywiozłem pani żurek z baru mlecznego.
Siedzieli przy kuchennym stole. Zegar z kukułką spóźnił się o osiem sekund. Zofia nalała mu drugą herbatę.
— Wiesz, Tomek, najgorsze w samotności nie jest to, że nie ma kto pomóc. Najgorsze jest to, że nie ma komu powiedzieć: „Dziś padał deszcz” albo „Ugotowałam pierogi”.
Tomek trzymał łyżeczkę. Cukier na dnie szklanki zrobił się mętny.
— Ja już to wiem.
***
Minęło sześć lat. Karolina dostała obywatelstwo norweskie i oznajmiła matce przez Messengera, że w odwiedziny raczej nie przyjedzie, bo się buduje. Tomek ożenił się z Magdą, koleżanką z pracy, i urodził im się syn — Stasiek. Gdy tylko Tomkowi i Magdzie wypadł wyjazd służbowy, Zofia zostawała z małym. Nauczyła się jego kaszki, jego kocyka, jego smoczka. Łatka pilnowała wózka, jakby to był jej własny.
Pewnego październikowego poniedziałku Zofia poszła do notariusza. Wzięła ze sobą dowód, stary akt własności i zdjęcie Tomka ze Stasiem na tle kamienicy. Notariusz — młody człowiek w okularach — uniósł brwi, gdy podała mu kartkę z numerem NIP.
— Chce pani przekazać mieszkanie?
— Tak. Na Tomka. I na jego syna.
— To znaczy… na wnuka.
— Nie jest moim wnukiem z krwi. Ale jest moim wnukiem z serca. — Uśmiechnęła się. — A to ważniejsze.
Podpisała akt darowizny. Wartość mieszkania: 384 tysiące złotych. Podatek zapłaciła z oszczędności, które odkładała na czarną godzinę. Ta godzina nadeszła.
Tydzień później Karolina niespodziewanie wylądowała w Warszawie. Z Łodzi wzięła taksę. Weszła do matki bez pukania.
— Mamo, co ty zrobiłaś?! — Trzymała w ręku wydruk z banku, bo notariusz wysłał jej powiadomienie jako spadkobierczyni ustawowej.
Zofia siedziała przy stole i obierała jabłko. Na blacie leżała niebieska teczka z aktem notarialnym.
— Podpisałam, co chciałam.
— Przecież to jest nasze! Moje! Po babci! Jak mogłaś przepisać wszystko obcemu facetowi?!
— Obcemu? — Zofia odłożyła nóż. — Tomek dzwoni do mnie codziennie. A ty? Nie byłaś tu od… — policzyła w myślach — …trzech lat.
Karolina oparła się o ścianę. Wyglądała pięknie, jak zawsze, z wisiorkiem na szyi i nienagannym makijażem. Ale Zofia zobaczyła tylko jej zaciśnięte usta.
— To jest niewdzięczność — syknęła Karolina.
— Niewdzięczność to nie zadzwonić do matki przez tysiąc dni. — Zofia wstała, otworzyła niebieską teczkę i wyjęła z niej kartkę. — Tu jest akt notarialny. Mieszkanie należy do Tomka i Stasia od zeszłego tygodnia. Możesz sobie przeczytać.
Karolina wyrwała jej papier. Wpatrywała się w pieczątkę, w podpis, w kwotę.
— To nieodwracalne?
— Tak.
Wtedy Karolina zmięła kartkę. Ale nie w kulkę — złożyła ją w czworo i wcisnęła do torebki. Wstała i podeszła do drzwi.
— Nie masz prawa mi tego zabierać — powiedziała, nie patrząc na matkę.
— Nie zabieram. Oddaję to, co moje, ludziom, którzy o mnie pamiętają.
Karolina nie odpowiedziała. Zeszła po schodach, stukając obcasami o posadzkę kamienicy. Zofia została przy stole. Za oknem zaczął padać deszcz — ten sam, który lubiła.
Wieczorem przyszedł Tomek. Przyniósł słoik konfitury i połowę makowca. Gdy zobaczył niebieską teczkę, zatrzymał się w progu.
— Pani Zofio…
— Już po wszystkim. — Machnęła ręką. — Teraz masz pewność, że nie wyrzucą Stasia z mieszkania, gdy mnie zabraknie.
Tomek objął ją. Pierwszy raz od sześciu lat.
A Łatka wskoczyła na parapet i patrzyła, jak za oknem miga neon sklepu z warzywami. Kukułka z zegara wychyliła się i kuknęła — spóźniona, jak zwykle, ale na czas.






