Michał nienawidził skrótu przez starą cegielnię. Zwłaszcza po lekcjach, zwłaszcza o tej porze roku, gdy październikowe popołudnia były szare i szybko robiło się ciemno. Miasto wyglądało inaczej niż to, z którego przyjechali. Łódź pachniała wilgocią i kurzem z nieremontowanych kamienic, a w ich nowej dzielnicy na Widzewie co drugi blok straszył pustymi oknami. Przyjechali tu z matką w sierpniu, bo dostała etat w urzędzie wojewódzkim. Michał został wpisany do piątej klasy pobliskiej podstawówki. Zaczął w nowej szkole we wrześniu i już w połowie października miał za sobą trzy tygodnie systematycznego piekła.
Tamtego dnia leciał przed siebie, nawet nie oglądając się za siebie. Plecak podskakiwał mu na ramionach, podarte przy kolanie jeansy łopotały, a lewy but przemókł w kałuży na wylot. Za plecami słyszał te same trzy głosy. Kosiński, Żmuda i… nie był pewien, czy trzeci to Wojtek. Liczyło się tylko to, że była ich trójka. Jego był jeden. Jak zwykle.
Budynek starej cegielni wyrastał przed nim nagle — brzydki, surowy, z wybitymi oknami i napisem „wstęp wzbroniony” na tablicy, która wisiała na jednym gwoździu od lat. Michał znał tę drogę od dwóch tygodni. Odkąd odkrył, że tędy nikt za nim nie pójdzie. Przynajmniej tak mu się wydawało.
Jeszcze zanim dobiegł do dziury w siatce, usłyszał pierwszy krzyk:
— No i gdzie tak lecisz, okularnik?! Chyba nie do mamy?
Kosiński. Zawsze zaczynał Kosiński. Potem dołączał Żmuda. Trzeci głos się śmiał — ten śmiech nie potrzebował imienia, wszyscy się śmiali tak samo. Michał zacisnął pięści. Przez chwilę pomyślał o matce. Mówiła mu: „Mietek, ty musisz się wreszcie postawić. Ja cię sama chowam, za dwóch haruję, a ty nawet nie potrafisz…”
Nie zdążył odmyśleć tego do końca. Potknął się o cegłę i wyrżnął kolanami prosto w błoto. Kiedy podniósł głowę, zobaczył przed sobą buty. Brudne adidasy. Stały metr od niego. A nad nimi uśmiechał się Kosiński.
— Powiedziałeś coś, Żmuda? — Kosiński odwrócił się do kolegi teatralnym gestem. — Zdawało mi się, że coś tam piszczało.
Michał patrzył to na nich, to na dziurę w siatce. Była za daleko.
I wtedy to się stało.
Zza betonowego filaru wybiegł mały, rudy kształt. Szczeniak — najwyżej trzy miesiące, łaciaty, z oklapniętym prawym uchem — przebiegł trzy metry, stanął między chłopcem a tamtymi i zaczął szczekać. Był śmieszny. Piszczał, podskakiwał na sztywnych łapach, warczał tak, że prawie przekręcał się na bok. Ale nie odpuszczał.
— O, patrzcie! Obrońca! — Żmuda wybuchnął śmiechem.
Kosiński nie odpowiedział od razu. Patrzył na szczeniaka w zamyśleniu, jakby liczył, ile ten waży. Potem zrobił krok do przodu. Szczeniak nie uciekł. Szczekał coraz głośniej. A potem z mroku za filarem wyłoniła się ona. Duża, czarna suka z siwizną na pysku. Za nią szły jeszcze trzy psy — jeden bury, jeden w łaty i jeden, który wyglądał, jakby życie obeszło się z nim dokładnie tak samo jak z Michałem.
Kosiński cofnął się o krok. Żmuda stanął jak wryty.
Michał nigdy nie widział, żeby ktoś tak szybko zmienił zdanie na temat odwagi. Biegać też umieli szybko. Szczeniak odprowadził ich szczekaniem aż do dziury w siatce, po czym wrócił, zadowolony, merdając krótkim ogonem, i polizał Michała po ręce.
— Dzięki… — szepnął chłopiec, nie wiedząc nawet, czy mówi do psa, czy do siebie.
Suka podeszła bliżej, obwąchała go, a potem odwróciła się i zniknęła za filarem. Psy poszły za nią. Został tylko szczeniak.
Michał nazwał go Łatkiem.
***
Dwa tygodnie wcześniej. Nowa ławka w czwartym rzędzie, zapach farby olejnej ze świeżo malowanej sali, dwadzieścia osiem par oczu, które patrzą na ciebie i w ciągu pięciu sekund wiedzą o tobie wszystko. Nie potrafił wejść do klasy tak, żeby nikt nie patrzył. Może dlatego, że nosił okulary w grubych oprawkach, które matka kupiła na promocji w znanym dyskoncie. Może przez bliznę nad brwią, którą miał od piątego roku życia i której od zawsze się wstydził. A może po prostu pachniał inaczej — nie wiedział czym. Lękiem? Samotnością?
W nowej szkole próbował się odezwać. Raz. Drugi raz. Za trzecim przestał.
Pierwszego dnia zamknęli go w toalecie na pierwszym piętrze. Siedział tam do wieczora, aż woźna usłyszała, jak wali pięścią w drzwi. Kiedy wrócił do domu, matka jeszcze była w pracy. Zrobił sobie herbatę, usiadł do lekcji i czekał.
— Co z okularami? — zapytała, ledwo przekroczyła próg.
— Upadły… — skłamał.
Nie umiał kłamać dobrze. Matka patrzyła na niego długo, a potem odwróciła się do zlewu i zaczęła myć ręce.
— Mietek… — powiedziała, nie patrząc na niego. — Kiedy w końcu nauczysz się jakoś ogarniać? Nowe okulary to dwieście pięćdziesiąt złotych, wiesz? Dwieście pięćdziesiąt. Za tydzień zapłacę za czynsz, a jeszcze kredyt za pralkę…
Nie odpowiedział. Wyjął z kieszeni pęknięte oprawki i położył na stole.
— Cudownie — powiedziała matka.
A potem, już ciszej, jakby do zlewu, dodała: — Cały ojciec…
Michał nie zapytał, co to znaczy.
***
Łatka dokarmiał od tamtego dnia codziennie. Na pustej parceli za cegielnią stała zardzewiała przyczepa kempingowa. Mieszkał w niej stary stróż, pan Stanisław, który pojawił się tu podobno pięć lat temu, jeszcze kiedy cegielnia działała. Teraz budynek stał pusty, ale przyczepa została. Pan Stanisław miał dwie rzeczy: starego jamnika, który nie słyszał już na jedno ucho, i stado bezpańskich psów, które dokarmiał resztkami z pobliskiego baru mlecznego.
Michał odkrył to miejsce przypadkiem. Szukał Łatka. A znalazł przyczepę, jamnika i starego człowieka, który patrzył na niego długo, zanim cokolwiek powiedział.
— Ty ze szkoły? — zapytał w końcu.
Michał skinął głową.
— Ja tu tylko… Szczeniaka szukałem. Rudego, z łatką.
— Za przyczepą śpi. Ale jak chcesz go nakarmić, to najpierw nakarm matkę. Czarna suka. Ona tu rządzi.
Potem pokazał mu, gdzie trzyma suchą karmę. I tak to się zaczęło.
Michał przychodził codziennie. Czasem tylko na dziesięć minut, żeby podrzucić jedzenie. Czasem na godzinę. Siedzieli wtedy w przyczepie, pili słabą herbatę z termosu i słuchali starego radia, które pan Stanisław stroił wyłącznie na stację z muzyką klasyczną.
Stary opowiadał o swojej żonie, która zmarła piętnaście lat temu. O synu, który mieszkał w Gdańsku i nie dzwonił od trzech lat. O tym, że jamnik nazywa się Bolek i jest starszy od większości dzieciaków, które biegały koło cegielni.
— Ja tu jestem od wszystkiego — mówił pan Stanisław. — Od pilnowania, od dokarmiania, od gadania do radia.
Michał opowiadał o szkole. Nie wszystko. Ale wystarczająco.
— Kosiński… — powtórzył stary któregoś popołudnia. — A ten Kosiński to duży jest?
— Chyba tak.
— No to chyba tak to za mało. Musisz wiedzieć, czy duży. Bo jak mały, to inna sprawa. A jak duży, to całkiem inna.
— Czemu?
— Bo z małym się bijesz. Z dużym inaczej. Z dużym się nie bijesz, tylko myślisz.
Michał nie zapytał, o czym ma myśleć. Bał się, że pan Stanisław powie mu coś, czego nie chce usłyszeć.
***
Wrócił do domu później niż zwykle. Matka już była.
— Gdzie byłeś?
— Na podwórku.
— Na podwórku, mówisz.
— Tak.
— Mietek, ja się nie gniewam. Tylko nie kłam.
Michał nie wiedział, czy to znaczy, że powinien powiedzieć prawdę, czy że już ją zna. Odwiesił kurtkę na haczyk, zmył błoto z butów i poszedł do swojego pokoju.
Na stole leżał stary kompas — prezent od ojca sprzed lat. Dostał go na siódme urodziny, trzy miesiące przed tym, zanim tata powiedział, że „wyjeżdża za pracą do Irlandii”. To było dwa lata temu. Kompas nadal działał, chociaż szkło było pęknięte od tamtego razu, kiedy Michał rzucił nim o ścianę. Potem podniósł, schował do szuflady. Wyjął dopiero po przeprowadzce.
Obok kompasu leżało zdjęcie. Ojciec stał na tle morza. Nie przysłał go od pół roku.
Michał usiadł na łóżku i wyciągnął z kieszeni kawałek suchej karmy, którą zapomniał oddać panu Stanisławowi. Położył ją obok kompasu. Nie wiedział czemu. Może na wszelki wypadek.
Miesiąc później wszystko się zawaliło.
***
Był piątek. Michał dostał szóstkę z przyrody. Pierwszą od początku roku. Pani Basia, wychowawczyni, powiedziała przy całej klasie: „Brawo, Michale. Czasem po prostu trzeba dać sobie szansę”. Klasa milczała. Nikt nie bił brawa. Ale nikt też nie zaśmiał się pod nosem.
Po lekcjach biegł na cegielnię, żeby pokazać ocenę panu Stanisławowi. Plecak kołysał się lekko, bo nie było w nim kanapek — zostawił je specjalnie dla Łatka. Pędził przez podwórko, przeciął ulicę i wszedł w znajomą dziurę w siatce. Łatek już na niego czekał.
— Mam dla ciebie coś dobrego! — zawołał, kucając i wyciągając z plecaka zawiniątko z wędliną.
Szczeniak rzucił się do jedzenia, a Michał stał i głaskał go po łbie.
— Nie powinni cię tu widzieć — powiedział nagle ktoś za jego plecami.
Michał zamarł. Odwrócił się. Zza przyczepy wyszedł pan Stanisław. Ale nie był sam. Obok niego stała matka.
— Mamo?
— Pani Szulc zadzwoniła do mnie w pracy. Bała się o ciebie. Powiedziała, że po szkole kręcisz się cały czas w okolicach starej cegielni. Bała się, że z kimś się zadajesz — matka mówiła spokojnym głosem, ale Michał słyszał w nim napięcie.
— Mamo, ja tylko…
— Wiem — przerwała. — Pan Stanisław mi wszystko opowiedział. O Łatku. O psach. O… Kosińskim. Wszystko.
Michał patrzył to na matkę, to na starego stróża. Pan Stanisław rozłożył ręce, jakby chciał powiedzieć: „Przepraszam, musiałem”.
— To nie oni są winni — wyrzucił z siebie Michał. — Psy nikogo nie skrzywdziły. To Kosiński pierwszy…
— Nie spieszy mi się z odłowem — powiedział pan Stanisław, patrząc na matkę. — Ale właściciel terenu dzwonił już drugi raz. Pyta o bezpańskie psy. Ktoś mu powiedział. Pewnie rodzice chłopców.
Matka milczała chwilę. Potem spojrzała na Michała i na Łatka, który właśnie skończył jeść wędlinę i usiadł obok buta chłopca, jakby czekał na dalszy ciąg.
— To twój pies? — zapytała.
— No… tak jakby… — Michał nie wiedział, co odpowiedzieć.
Wtedy matka zrobiła coś, czego się nie spodziewał. Roześmiała się. Krótko, sucho. Ale jednak.
— Mietek, u ciebie zawsze „tak jakby”. Cały ty.
***
Tydzień później Michał wyszedł ze szkoły i zobaczył przed bramą Kosińskiego. Stał sam. Bez Żmudy, bez Wojtka. Wyglądał, jakby na coś czekał.
— Słuchaj — zaczął Kosiński, kiedy Michał podszedł bliżej. — To… może trochę przesadziliśmy.
Michał nie odpowiedział. Patrzył na niego i czekał.
— Mój stary dzwonił do urzędu gminy — ciągnął Kosiński, kopiąc czubkiem buta w chodnik. — Chciał zgłosić te psy. Ale twoja matka go ubiegła. Złożyła wniosek o zniesienie zakazu dokarmiania czy coś… Nie wiem. W każdym razie psy zostają.
Michał milczał.
— No i… ten stary z cegielni powiedział mojemu staremu, że jak jeszcze raz ci coś zrobimy, to on sam złoży wniosek. Tylko inny. O nękanie w szkole. Ze świadkami.
Michał poczuł, jak robi mu się ciepło w klatce piersiowej. Nie gorąco. Ciepło. Jakby ktoś włączył kaloryfer w środku października.
— To co? — Kosiński podniósł głowę. — Ręka?
Michał patrzył na wyciągniętą dłoń. Brudne paznokcie. Zdarta skórka przy kciuku. Tydzień temu ta ręka chwyciła Łatka za kark.
— Nie — powiedział Michał. — Na razie wystarczy, że odpuścisz.
I poszedł przed siebie.
***
W sobotę rano do drzwi mieszkania na czwartym piętrze bloku przy ulicy Przybyszewskiego zadzwonił domofon.
— Odbierz, to do ciebie — powiedziała matka, nawet nie podnosząc głowy znad paragonów, które przeglądała.
Michał podszedł do słuchawki.
— Halo?
— Otwieraj — usłyszał znajomy, chropowaty głos. — Tylko szybko, bo Bolek się niecierpliwi.
Dwie minuty później na wycieraczce stał pan Stanisław. Pod pachą trzymał jamnika Bolka, który natychmiast zaczął obwąchiwać framugę. A u stóp starego, na smyczy zrobionej ze sznurka do snopowiązałki, siedział Łatek.
— Weź go — powiedział pan Stanisław, podając Michałowi prowizoryczną smycz. — Pani Szulc powiedziała, że pozwoliła. I masz tu karmę. Na tydzień. Tylko nie przekarmiaj.
Michał przykucnął. Łatek polizał go po ręce, po brodzie, po okularach. Machał ogonem tak, że uderzał nim o framugę.
— A suka? — zapytał chłopiec, patrząc w górę.
— Suka zostaje ze mną. Ona jest za stara na mieszkanie w bloku. Ale wiesz co? — Pan Stanisław uśmiechnął się, a jego zęby, te, które jeszcze miał, błysnęły w świetle korytarzowej lampy. — Możesz ją odwiedzać. Z Łatkiem. Razem. Będziecie we dwóch bezpieczniejsi na podwórku niż kiedykolwiek sam.
Matka podeszła do drzwi. Spojrzała najpierw na psa, potem na syna, potem na starego. I powiedziała coś, czego Michał nigdy by się po niej nie spodziewał:
— Kawy się pan napije, panie Stanisławie?
Godzinę siedzieli przy stole w kuchni i pili słabą kawę z fusami. Łatek spał pod stołem, trącając przez sen łapą nogę od krzesła. Bolek chrapał w przedpokoju. A pan Stanisław opowiadał matce o Gdańsku, o swoim synu i o tym, że czasem człowiek musi przegadać pół życia, żeby znaleźć kogoś, kto słucha.
***
Od tamtej soboty minęło pół roku. Na parceli za cegielnią wciąż stała przyczepa. Wciąż mieszkał w niej stary stróż. Przychodzili do niej teraz we dwóch — Michał i Łatek. A czasem i matka, wracając z pracy, robiła mały objazd przez ulicę Hetmańską, żeby podrzucić panu Stanisławowi ciasto drożdżowe i puszkę karmy dla czarnej suki.
Kosińskiego Michał widywał codziennie. Nie zostali przyjaciółmi. Ale Kosiński przestał się śmiać. Inni też. Niektórzy nawet kiwali głową na korytarzu. Może nie z szacunku, ale z ostrożności.
Michał nie wiedział, co myśleć o tej ostrożności. Może to nie było zwycięstwo. Może po prostu przestał być tym, na kogo można bezkarnie polować. W końcu każdy w mieście słyszał, że za chłopcem z piątej B chodzi cała sfora.






