Kasia odłożyła nóż i wytarła ręce w lnianą ściereczkę. Przez otwarte okno kuchni wlewało się ciężkie, sierpniowe powietrze i zapach jaśminu z ogrodu. Na blacie stało już sześć misek z sałatkami, a Tomek, jej mąż, właśnie rozpalał grilla na tylnym tarasie. Mieli świętować jego awans na dyrektora oddziału.
— Jesteśmy! — głos Anity wpadł do mieszkania, zanim jeszcze ktokolwiek zdążył zapukać. — Straszne korki, dosłownie cała Warszawa stała. Ledwo żyjemy, umieramy z głodu.
Anita weszła do kuchni, rozglądając się łakomie. Na ramieniu miała tylko małą torebkę. Za nią wsunął się jej mąż, Marek, a potem ich dwie córki, Lena i Zuzia. Wszyscy mieli puste ręce. Żadnej torby, żadnej butelki wina, żadnego pudełka z ciastem, które obiecali przywieźć.
Kasia stała oparta o blat i spokojnie patrzyła, jak Anita zdejmuje sandały i bez pytania bierze z deski plasterek szynki parmeńskiej.
— Korki? — Kasia uniosła brew. — Pół godziny temu napisałaś na czacie, że dopiero szukacie kluczyków do auta.
Anita machnęła ręką, przeżuwając szybko.
— No wiesz, z dzieciakami to zawsze trwa. A poza tym twój Tomek tyle zarabia, że chyba stać was na nakarmienie rodziny, siostrzyczko? — zaśmiała się i sięgnęła po kolejny plaster. — Ten ser z niebieską pleśnią jest boski. W sklepie kosztuje majątek, nie opłacało nam się kupować. U ciebie lodówka zawsze pęka w szwach.
Kasia nic nie odpowiedziała. Spojrzała na drugą parę gości — swoją przyjaciółkę Olę z mężem Michałem. Oni przyjechali godzinę wcześniej i przywieźli marynowane żeberka, trzy rodzaje piwa rzemieślniczego, dwa ciasta z cukierni i termos z domową lemoniadą.
Wszystko było ustalone tydzień wcześniej na grupie WhatsApp. Kasia i Tomek biorą na siebie grillowane mięsa, pieczywo i alkohole mocne. Ola z Michałem — sałatki, deser i napoje. Anita z Markiem — wędliny, sery i owoce. Wszyscy potwierdzili, że pasuje.
Anita tymczasem usiadła przy wyspie kuchennej, zdjęła z półki winogrona i zaczęła jeść, nawet nie pytając.
— Daj spokój, Kasia, nie bądź taka sztywna — rzucił Marek, opierając się o framugę. — Rodzina to nie biznes. Co twoje, to nasze.
Kasia odwróciła się do zlewu i puściła wodę. Myła ręce powoli, patrząc, jak mydliny spływają po palcach. Od pięciu lat słyszała to samo za każdym razem, kiedy przyjeżdżali. Nigdy nie przywozili niczego oprócz apetytu, nigdy nie pytali, czy mogą pomóc, nigdy nawet nie zaproponowali zwrotu kosztów. Zawsze mieli wymówkę: korki, awaria auta, zapomnieli kart od bankomatu, dzieci coś przestawiły. A Kasia zawsze uśmiechała się i mówiła „nic nie szkodzi”. Tym razem coś w niej pękło. Tylko że nie była to złość — była to zimna, czysta decyzja.
Wytarła dłonie, wyjęła z szuflady mały notes w kratkę i położyła go na blacie. Sięgnęła po długopis z firmowym logo banku, w którym pracowała jako analityczka finansowa.
— Anitko — powiedziała spokojnie, siadając naprzeciwko siostry męża. — Skoro rodzina to nie biznes, to założę, że dla ciebie rozliczenie nie będzie problemem.
— Co ty wymyśliłaś? — Anita zmrużyła oczy, odrywając się od jedzenia.
— Wkład każdej pary w dzisiejszą kolację został wyceniony na podstawie paragonów. Ola i Michał przywieźli rzeczy za 310 złotych. My z Tomkiem daliśmy 620. Wasz wkład — zero. — Kasia zapisała cyfry na kartce, wyraźnie, bez drżenia ręki. — Koszt całkowity kolacji wyniósł 930 złotych. Dzieląc na trzy pary, każda powinna dołożyć po 310. Wy jesteście mi winni dokładnie trzysta dziesięć złotych.
W kuchni zapadła cisza, którą przerywał tylko bzyk muchy uderzającej o szybę.
— Żartujesz sobie, prawda? — Marek odkleił się od framugi, a jego twarz stężała. — Zapraszasz nas na kolację z okazji awansu brata i wystawiasz rachunek? Jak w restauracji?
— W restauracji płaci się przed wyjściem — odparła Kasia, nie odrywając od niego wzroku. — Ja tylko proszę o wyrównanie udziału.
— Tomek! — Anita odwróciła się gwałtownie. — Zobacz, co twoja żona wyprawia! Zaproście rodzinę, a potem każecie nam płacić? To jest chore!
Tomek wszedł z tarasu, wciąż trzymając w ręku szczypce do grilla. Pachniało od niego dymem i przyprawami. Patrzył to na żonę, to na siostrę. Znał ten ton Anity — oskarżycielski i święcie oburzony. Znał też spojrzenie Kasi — spokojne, bez mrugnięcia. To było spojrzenie, które widywał tylko wtedy, gdy już podjęła decyzję.
— Anitka — powiedział, odkładając szczypce — od lat przyjeżdżacie i ani razu nie dołożyliście się do niczego. Ani na święta, ani na urodziny mamy, ani na grilla. Kasia ma rację. Trzysta dziesięć złotych. Możecie zrobić przelew albo dać gotówkę. Do końca kolacji.
— Nie wierzę — Anita przycisnęła dłoń do piersi, jakby ktoś ją dźgnął. — Marek, zbieraj dzieci. Wychodzimy. Nikt nas tak nie potraktuje.
Chwyciła torebkę i ruszyła do przedpokoju. Marek szedł za nią, mamrocząc pod nosem o pazerności i braku serca. Lena i Zuzia, które zdążyły już usiąść przy stole i nałożyć sobie frytki, patrzyły zdezorientowane.
— Dziewczynki mogą zostać — powiedziała Kasia, nie wstając. — Jedzenie już jest na stole, dzieci nie są niczemu winne. Wy możecie wrócić po nie za dwie godziny. Albo za trzy.
Anita zatrzymała się w pół kroku. W drzwiach odwróciła się powoli. Jej twarz była blada, makijaż rozmazywał się od upału, a w kąciku ust drgał mięsień.
— Manipulujesz moimi dziećmi? To już jest poniżej pasa!
— Nie manipuluję — głos Kasi był równy jak stalowa linijka. — Dałam im frytki i sok. Ty za to od pięciu lat manipulujesz pokrewieństwem, żeby nie płacić. I zawsze ci to uchodziło na sucho. Dziś nie ujdzie. Trzysta dziesięć złotych, Anita. Czekam.
W przedpokoju Marek pocił się i przestępował z nogi na nogę. Ola i Michał dyskretnie wyszli na taras, udając, że układają talerze. Zuzia podniosła głowę znad talerza:
— Mamusiu, frytki są naprawdę dobre. Mamy już wychodzić?
Anita stała nieruchomo. Trzymała torebkę tak mocno, że knykcie jej zbielały. W końcu sięgnęła do środka, wyjęła portfel i rzuciła na blat cztery zgniecione banknoty — dwie setki, stówę i dziesiątkę.
— Masz. Dokładnie trzysta dziesięć. Kup sobie za to coś na serce, Kasiu. Przyda ci się.
Schyliła się, pocałowała córki w czubki głów, po czym bez słowa wypadła z mieszkania. Marek poszedł za nią, trzaskając drzwiami tak mocno, że zabrzęczały szklanki w kredensie.
Kasia podniosła banknoty. Rozprostowała je powoli, ułożyła jeden na drugim. Potem wyjęła z szuflady metalowe pudełko po czekoladkach, gdzie trzymała domowy budżet, i schowała pieniądze do środka. Zamknęła wieczko. Dźwięk blachy był czysty i ostateczny.
— Ciociu Kasiu? — Zuzia podniosła pusty kubek. — Czy mogę jeszcze soku?
Kasia podeszła do lodówki i nalała jej pełną szklankę zimnego soku malinowego. Postawiła na stole. Potem wytarła blat z okruszków, wrzuciła ściereczkę do zlewu i wyszła na taras, gdzie Ola właśnie podawała deser.
Usiadła na schodkach, zdjęła buty i oparła bose stopy o rozgrzane drewno. Niebo nad Warszawą robiło się różowe, a dym z grilla unosił się pionowo w nieruchomym powietrzu. Tomek stanął obok i podał jej butelkę zimnego piwa. Stuknęli się szkłem, nic nie mówiąc.
Weszła do kuchni tylko raz jeszcze — po dokładkę frytek dla Leny. Notes wciąż leżał na blacie, otwarty na stronie z wyliczeniami. Schowała go do kredensu, za stos podkładek na stół. Na samym spodzie. Tam, gdzie trzyma się rzeczy, które już nie będą potrzebne.






